Anna Rozwadowska

„Najważniejsze, żeby mieć obok przyjazną duszę” – Anna Rozwadowska

Pochodzi z Bydgoszczy. Od dziecka marzyła o dalekich podróżach, a fascynacją krajami polarnymi zaraziła ją koleżanka, która zaczytywała się w książkach Centkiewiczów. Nie poszła na studia geograficzne, bo straszyli, że kojarzy się z uczeniem w szkole, więc wybrała oceanografię i mieszkanie w Trójmieście.

Z Anną Rozwadowską, uczestniczką 29. Wyprawy Polarnej IGF PAN, spotkałam się w jej mieszkaniu w Spocie. Oprócz gospodyni, przywitały mnie Ruda – 12-letnia suczka, mieszaniec psa grenlandzkiego z malamutem – a na ścianach fotografie lodowców i zorzy. Stamtąd. Z kubkiem kawy i domową szarlotką na podorędziu wyruszamy w kolejną podróż w czasie.

Anna jest pracownikiem naukowym Instytutu Oceanologii PAN. Kiedy napisałam do niej po raz pierwszy, wspominając o swoim polarnym doświadczeniu, od razu zaproponowała przejście na ty.

W Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie zimowała w latach 2006-2007, gdzie pełniła obowiązki meteorologa. Musiało minąć dziesięć lat, żeby jako druga kobieta mogła pojechać na zimowanie. Pierwszą była Danuta Bednarek, geolog, uczestniczka 18. Wyprawy Polarnej IGF PAN.

Czasy się zaczęły zmieniać, w świecie kobiety brały udział w najróżniejszych wyprawach – do Arktyki i na Antarktydę – więc Polska nie mogła się zamykać. Poza tym mój udział w wyprawie w dużym stopniu zależał od podejścia kierownika wyprawy do uczestnictwa kobiet.

Fragment rozmowy z Anną Rozwadowską

Nie przeszkadzało jej, że była jedyną kobietą na wyprawie. Stacja miała już łączność satelitarną ze światem, co ułatwiało życie w trudniejszych momentach. Podobnie jak pamiętnik, którego pisanie pełniło czasem, obok informacyjnej, funkcję terapeutyczną.

Anna Rozwadowska
Anna z Brzydalem – jednym ze stacyjnych psów, fot. Tomasz Petelski

Jakiego typu to były notatki?
– Takie opowieści, że pojechałam na wycieczkę, widziałam niedźwiedzia… Albo że zostałam sama na lodowcu, bo Brzydal mnie opuścił – pobiegł bezczelnie za Marcinem, którego kochał (śmiech). Albo zachwyt nad przyrodą. Ale oczywiście były takie rzeczy, które były tylko dla mnie.

Fragment rozmowy z Anną Rozwadowską

Oprócz pamiętnika była rama tkacka. Że niby na zimowaniu jest tyle wolnego czasu, że spokojnie się dokończy rozpoczętą parę lat wcześniej tkaninę. Ale pod biegunem czas płynie inaczej – niedoszły kilim spędził z Anną dwa lata w Stanach, dokąd wyjechała na stypendium naukowe, potem rok na Spitsbergenie. Teraz ozdabia razem z ramą sypialnię – Anna nie czuje już potrzeby go kończyć.

Udały się natomiast fotografie lodu. Anna się śmieje, że to jedyna rzecz z długiej listy planów, jaką udało jej się w pełni zrealizować podczas rocznego pobytu.

To zamiłowanie idealnie łączyło się z pracą w stacji – jako meteorolog często była w terenie, a że prowadziła obserwacje o różnych porach dnia, widziała zjawiska, które pozostała część wyprawy przesypiała.

Myślę, że na zimowaniu trzeba mieć przynajmniej jedną osobę, z którą można normalnie porozmawiać. Nie chodzi o płeć. Ważne, żeby to była osoba, z którą można być szczerym. Nie wiem, jakby to było, gdybym była sama.

Fragment rozmowy z Anną Rozwadowską

To byłyby warunek, gdyby Anna zdecydowała się na drugie zimowanie. Ale Ruda i obowiązki zawodowe przesądziły o kolejnych, pospitsbergeńskich latach.

Po powrocie z zimowania Anna nie włączyła telewizji kablowej, z której zrezygnowała przed zimowaniem. Kilka lat później pozbyła się telewizora. Wolne chwile poświęca ogrodom i na rękodzieło, od dwudziestu lat lepi z gliny. Fantazyjne naczynia ceramiczne, ozdabiające każdy pokój, sprawiają wrażenie, jakby były tam od zawsze.

Nie chciałam wracać. Dobrze mi było na Spitsbergenie. A kiedy wróciłam i weszłam do sklepu, centrum handlowego, ze zdziwieniem pomyślałam: „Co oni tu robią? Po co tak ganiają? Jakiś szał!”. Do dzisiaj uważam, że reklamy są idiotyczne.

Fragment rozmowy z Anną Rozwadowską

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *