#2 Zapiski z notatnika – Marta Żmuda

Wracamy do wspomnień Marty Żmudy (nazwisko panieńskie Bania) – meteorolog 34 Wyprawy IGF PAN, która zimowała w latach 2011-2012 w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie, jednej z bohaterek książki „Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata”.

Część zapisków publikowaliśmy wcześniej na łamach strony polarniczki.pl, serdecznie zapraszam Was do lektury:

Husowanie

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było wrócić do prymitywnych warunków, bez prądu, wody, ogrzewania, podstawowych sprzętów RTV i AGD i wielu innych przedmiotów, które w dzisiejszym świecie ułatwiają nam życie?

Pewnie każdy sobie o tym myślał, a niektórzy jeszcze mogli doświadczyć lub doświadczają z różnych powodów. Otóż grupka osób XXXIV Wyprawy, tj. Robert, Łukasz, Krzysiek, Marta i Elena z grupy letniej wybrali się w takie warunki 24 lipca 2011. Jako pierwsi z osób uczestniczących w wyprawie mogliśmy posmakować tzw. „husowania”. Wyruszyliśmy z całym ekwipunkiem, niezbędnymi rzeczami i prowiantem do husa (domek traperski) Hyttevika z 1907 roku. Zlokalizowany jest on na północny-zachód od Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie. Odległość do pokonania 15 km w jedną stronę.

Droga, a raczej tundrowe bezdroże, wspaniała pogoda pozytywnie nastrajają do takiego marszu. Przeprawa przez rzekę Revelva, zapadanie się w podmokłej tundrze po kostki, czasem głębiej (uwaga, niekiedy można stracić but lub równowagę w takim błocku i zamoczyć sobie ręce i rękawy od kurtki lub nawet przewrócić się. Ale jak się wychodzi z takiej przygody z uśmiechem na twarzy, to sama przyjemność). Fantastyczna zabawa – oczywiście, jeżeli ma się do tego pozytywne nastawienie.

Stada reniferów towarzyszyły nam przez całą drogę. Czujność była na najwyższym poziomie, zawsze można tu spotkać misia. Broń przygotowana – musi być pod ręką z łatwym dostępem do niej. Szliśmy tak przez trzy godziny, napawając się pięknem, jakie przyroda tu stworzyła. Niby krajobraz dość monotonny mogłoby się wydawać, ale dla wytrawnych obserwatorów zawsze znajdzie się coś, co wprowadza niejedną osobę w zachwyt. Brak drzew i krzewów rekompensowany jest tutaj bliskością morza i gór oraz niezliczoną liczbą ptaków, które przylatują na Spitsbergen na lato.

Większą część drogi towarzyszył nam krzyk alczyków – te ptaki znajdują się w logo naszej wyprawy. Gniazdują na zboczach gór, przechodząc, często można ich nie zauważyć, ale słyszy się je zawsze. Z przerażeniem podrywają się ze skał, gdy w okolicy pojawia się larus – mewa blada, największe zagrożenie dla alczyka. Ten ptak potrafi połykać je w całości, dodatkowo w locie.

Logo 34. Wyprawy Polarnej IGF PAN (2011-2012)

Wracając do husowania – szliśmy, szliśmy i doszliśmy! Naszym oczom już z daleka ukazał się mały domek traperski, którego nazwa pochodzi od zatoki Hyttevika, w której się znajduje. Porządnie zabezpieczony przed nieproszonym gościem (wiecie, kogo mam na myśli – oczywiście, niedźwiedź polarny!). Na obrazkach i w telewizji wygląda słodko, ale to pozory. W rzeczywistości to trochę inaczej, każdy czuje przed nim respekt – to w końcu my jesteśmy gośćmi w jego krainie.

Piknik przed husem w zatoce Hyttevika, archiwum prywatne Marty Żmudy

Po rozpracowaniu wszystkich zabezpieczeń i umocnień udało nam się wejść do środka. Przywitała nas ciemność, ale po chwili świeczki i czołówki rozgrzały atmosferę i można było zobaczyć, co znajduje się w środku. Dwa łóżka drewniane: jedno na dole na trzy osoby, drugie na górze na dwie. Stół, podstawowe naczynia, koza do ogrzania, drewniana ławka. Mniej więcej całość wyposażenia została wymieniona.

Po szybkim rekonesansie stwierdziliśmy, że idziemy z wizytą do Werenhusa – oddalonego o 5 km od Hytteviki husa, w którym Uniwersytet Wrocławski ma swoją bazę letnią. Zabraliśmy wszystkie rzeczy ze sobą, żeby nie nęcić misia zapachami, i poszliśmy. Przeprawa przez skałki i w pewnym momencie pada zapytanie, czy ta żółtawa plama oddalona od nas o jakieś 300-400 metrów to… niedźwiedź? Stop, wszyscy przyglądają się uważnie, leży, rusza się czy nie? Może to sterta kamieni? Jednak nie, to miś – broń przygotowana, idziemy, czujnie obserwując okolicę. Miś machnął w pewnym momencie łapą. Tym gestem „przywitał się” z nami, nawet się nie podniósł, może lepiej dla nas.

W Werenhusie okazało się, że niedźwiedzie bardzo często u nich goszczą, potrafią wyjeść nawet cały proszek do prania. Odwiedziliśmy znajomych, posłuchaliśmy opowieści, poznaliśmy trochę historii i kierunek Hyttevika czas było obrać po raz kolejny. Pogoda nas stale rozpieszczała, krajobraz do robienia zdjęć idealny, dotarliśmy do miejsca noclegu. Do komfortowych warunków brakowało nam ciepła i czegoś na ząb przed spaniem – zachcianki spełnione, gotowi do snu.

Rano wyszliśmy z ciemności, słonko dalej świeciło, chmur jak na lekarstwo. Jest decyzja: śniadanie nad morzem przed chatą na karimacie (broń pod ręką). Cudownie! Chwila rozpusty i trzeba się szykować do powrotu. W bazie mieliśmy być na obiad, ale już wiedzieliśmy, że raczej nam się nie uda dotrzeć na czas – za długo spaliśmy. Mobilizacja pełna – wracamy.

W drodze powrotnej było tak ciepło, że szliśmy bez kurtek, łapaliśmy, ile się da promieni słonecznych, bo przecież w naszej perspektywie noc polarna gdzieś się kryje. Dotarliśmy cali i zadowoleni, choć spóźnieni.

Tutaj wszystko dzieje się inaczej, nie ma komercji, bilbordów z reklamą, karetek na sygnale, krzyku, pośpiechu, witryn sklepowych, promocji, polityki – jest się z dala od tego wszystkiego. Każdy jest zdany na siebie i na współzimownika. Najważniejsza jest współpraca, w terenie nie można być egoistą…

Fiordowe wodowanie ciał

Po wielu przygodach podczas dnia polarnego nastała na dalekiej północy noc polarna – wyciszenie. Od 31 października nasze organizmy oswajają się z półmrokiem i ciemnością. Słońce nie wschodzi już powyżej linii horyzontu. Jedynie przy ładnej pogodzie jest tzw. bezchmurne niebo, małe zachmurzenie, możemy delektować się pięknymi kolorami na niebie i lekką poświatą dnia, lecz z dnia na dzień krócej. De facto przez kilka dni w godzinach porannych, tj. od ok. 9 rano do ok. 13, mieliśmy wspaniałe widoki. Teraz ciemne i ciężkie chmury spowiły całe niebo, pada deszcz, wieje wiatr, pojawiają się mgły. Temperatura powietrza za to nas „rozpieszcza“ –  można tak stwierdzić, bo słupek rtęci skakał ostatnio ponad 4 stopnie Celsjusza na plus. Ciepełko – można latać w samych polarkach.

Jak sobie radzić w trakcie nocy polarnej, tego jeszcze większość z nas nie wie. Każdy reaguje i będzie reagował indywidualnie, wydaje się jednak, że za wszelką cenę trzeba starać się być nadal w ruchu, pobudzać organizm do działania, a nie tylko do wypełnienia swoich prac, spania i oglądania telewizji. Pozytywne bodźce zewnętrzne z lekką nutą adrenaliny zapewnie zdrowotnie będą na nas wpływały.

Zimownicy przymierzają się do kąpieli w fiordzie Hornsund (innej niż opisana w tekście), fot. Franciszek Krzemiński

Dlatego też 6 listopada 2011 roku w godzinach popołudniowych czwórka uczestników naszej wyprawy postanowiła zażyć orzeźwiającej kąpieli, niestety nie pod prysznicem, lecz w fiordzie…

Uczestnicy rytuału moczenia ciała:

1.           Łukasz Gryglicki – geofizyk, stały mors naszej wyprawy, żadne warunki pogodowe nie są w stanie go zniechęcić do zamoczenia się,
2.           Krzysztof Herman – informatyk,
3.           Robert Żmuda – specjalista ds. środowiska abiotycznego,
4.           Marta Bania – meteorolog.

Fotografem naszych poczynań był Franciszek Krzemiński, mechanik.

Miejsce wodowania ciał – plaża w okolicy Banachówki, wielkiego garażu między innymi na sprzęt pływający.

Szkody:

Fiord pochłonął klapki Krzycha.

Więcej usterek nie odnotowano.

Jedenasty zimownik

12 listopada przyszedł na świat pomysł… Pomysł wykluł się w dwóch głowach… Cóż to takiego? Bardzo ciekawe, tytuł wpisu wywołuje pewnie mieszane uczucia, ma prowokować do przeczytania.

Spragnieni śniegu już od jakiegoś czasu jesteśmy wszyscy, mamy już swoje skutery, narty też się jakieś znajdą, ale używać ich nie można, bo białego puchu jak na lekarstwo. Jakąś wojnę na śnieżki, kąpiel w śniegu, bałwana by się zrobiło. Takie myśli pewnie już u niejednego z nas w głowie się rodziły…

Właśnie 12 listopada padał śnieg, potem deszcz ze śniegiem, ponieważ temperatura po nieśmiałym spadku poniżej zera stopni Celsjusza znów poszybowała na plus. Śnieg był mokry, nie było go za wiele, ale to wystarczyło, żeby podjąć wyzwanie! LEPIMY BAŁWANA!!!

Długo wyczekiwany nowy zimownik, w tle stacja paliw, archiwum prywatne Marty Żmudy

Odpowiednie przygotowanie odzieżowe, broń, czołówki – przecież już ciemno – i ruszyliśmy do roboty. Wykulać poszczególne części anatomii bałwana nie było łatwo – mało śniegu, ale cierpliwie toczyliśmy kulę za kulą i się wykluło czterokulowe „cudo“. Bałwan nietypowy, bo jak wyżej napisałam, z czterech kul. Wysoki, dostojny, ulokowaliśmy go pod latarnią w pobliżu zbiorników z paliwem. Dlaczego pod latarnią? Żeby nie cierpiał na depresję w noc polarną, hehe.

Dobra, cztery kule są, trzeba było nadać im lepszy kształt. I co dalej? Teraz należało poddać się fantazji, gadżetów pod ręką niby niedużo, ale udało się. Ma uszy, brwi, nos ze śniegu, oczy kamienne, ale jakie urocze. Włosy i ręce by się przydały, ale z czego je zrobić – wszystkiego ze śniegu nie można, bo będzie nudno. Chwila zastanowienia… Jest! Laminaria zdobi brzeg fiordu, trochę jej zabraliśmy – bujna czupryna i ręce powstały. Guziki i zęby lub uśmiech, jak kto woli, z kamieni.

GOTOWE!

Hornsudzka piękność! Stoi stabilnie.

Sesja fotograficzna oczywiście zaliczona, no i wykluło się stwierdzenie: jedenasty zimownik – niskie koszty utrzymania, niewymagający – jest nasz!

Nasze wnioski z kontroli 16 listopada:

– został lekko oblodzony, jest twardy jak kamień – możliwe, że pozostanie z nami do wiosny, jeżeli nie zainteresuje się nim jakiś niedźwiedź,

– jedno co nas rozśmieszyło: ręce mu opadły, nie chciał powiedzieć dlaczego… 😉

* Noc polarna na szerokości geograficznej, na której położona jest Polska Stacja Polarna Hornsund, kończy się 12 lutego.


Wszystkie fragmenty wspomnień są autorstwa Marty Żmudy

Zdjęcie w nagłówku: Marta przechodzi przez rzekę Revelva, archiwum prywatne

Marta Żmuda jest jedną z bohaterek książki „Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata”.

Jedna odpowiedź do “#2 Zapiski z notatnika – Marta Żmuda”

  1. Bardzo miło wspominam wyprawę, morsowanie zostało mi do dzisiaj. Nawet ostatnio wróciłem na Spitsbergen na tydzień jako turysta i w planach kolejna wizyta – tym razem całą rodzinką 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.