#1 Polarne wspomnienia – Małgorzata Godlewska

Z prof. dr hab. Małgorzatą Godlewską, pracownikiem Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN w Łodzi, kilka miesięcy temu rozmawiałyśmy na łamach strony projektu Polarniczki.pl. Efektem był tekst „Obiecałam sobie, że jeszcze wrócę na Spitsbergen”. W ramach uzupełnienia wywiadu serdecznie zapraszam do lektury wspomnień mojej Rozmówczyni.

Jako zodiakalna ryba od zawsze kochałam wodę. W szkole marzyłam o tym, aby zostać marynarzem i zwiedzać świat. Niestety, w owych czasach ten fascynujący zawód był dostępny tylko dla płci męskiej, dziewczyn nie przyjmowano na takie uczelnie. Poszłam więc na fizykę, na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Kiedy na drugim roku pojawiło się ogłoszenie, że poszukują chętnych na studia w ZSRR na kierunkach fizyka morza, fizyka ziemi lub atmosfery, nie wahałam się ani chwili. Oczywiście wybrałam fizykę morza – w Moskwie spędziłam trzy i pół roku i zaliczyłam swój pierwszy trzymiesięczny rejs po Atlantyku na statku naukowo-badawczym R/V „Mendelejew”. To było fantastyczne przeżycie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że taka właśnie praca odpowiada mi najbardziej.

Po powrocie do kraju zgłosiłam się na Uniwersytet Gdański. Tam rozpoczęłam Asystenckie Studia Przygotowawcze na Wydziale Fizyki, a potem Studium Doktoranckie w Stacji Morskiej Instytutu Geofizyki PAN w Sopocie (obecnie Instytut Oceanologii PAN). Pływałam po Bałtyku, Morzu Północnym, wokół Anglii na jachcie badawczym „Sonda” (kecz, wybudowany w polskiej stoczni jachtowej w 1971 roku, o długości całkowitej 15,44 m, szerokości 3,84 m, zanurzeniu 1,80 m i 89 m. kw. podstawowego ożaglowania, może pomieścić maksymalnie do dwunastu osób, wygodnie jednak siedem).

Po doktoracie, który dotyczył rozchodzenia się dźwięku w morzu płytkim, intensywnie zastanawiałam się, jaki dalszy kierunek naukowy obrać. I wtedy wygrałam los na loterii, który rozpoczął moje zainteresowania polarne. Mianowicie, Instytut Geofizyki PAN, który uczestniczył w Międzynarodowym Programie Badań Polarnych na Spitsbergenie, postanowił zaangażować w te prace również nasz jacht. Tak więc w lipcu 1978 roku popłynęłam na Spitsbergen (w tamtą stronę na statku hydrograficznym Marynarki Wojennej ORP „Kopernik”, którym dowodził kpt. Franciszek Wróbel, a na miejscu i w drodze powrotnej na jachcie „Sonda”, którym dowodził kpt. Konstanty Pielak).

Fragmenty listów do domu:

20.07.1978, godz. 23:50

No więc jesteśmy w Hornsundzie! Prześliczny, cichy zakątek. Od czasu do czasu słychać tylko cielenie się lodowca, no i ptactwo. Wspaniałe góry, wprawdzie niezbyt wysokie, ale surowe i budzące szacunek. Najwyższy szczyt ma zaledwie 1400 m n.p.m., pomimo to wierzchołek ginie w chmurach. Do zatoczki, w której stoimy, schodzą dwa lodowce, jeden dokładnie przed naszym dziobem – taka popękana pionowa ściana wysokości 30-40 m, a za nią lekko wznoszące się w górę pole śniegowe. Polska baza, która jest właśnie w trakcie przebudowy, składa się z kilku żółtych baraczków, które na tle zielonożółtych mchów są prawie niewidoczne. Wygląda strasznie krucho i niepozornie na tle ośnieżonych gór. Podoba mi się tu ogromnie; dla każdego, kto kocha góry, jest to po prostu raj. Urzekające są też „górki” lodowe. Pływają wokoło w najrozmaitszych rozmiarach, kształtach oraz kolorach. Niektóre są intensywnie seledynowe, inne niebieskawe albo wręcz granatowe. Paradoksalnie, wcale nie wyglądają biało, tylko kolorowo! Przed chwilą taka górka o długości ok. 10 m, szerokości 4 i wysokości 2 (część wystająca nad wodą) oparła się nam o burtę. Trochę od tych lodowców wieje mroźnym powietrzem, tak że przemarzłam i idę zaraz na gorącą herbatę. Mimo że minęła północ, jest zupełnie widno i wcale nie chce się spać.

21.07.1978, godz. 21

Byliśmy dzisiaj na lądzie. Tego się nie da ani opisać, ani pokazać na slajdach czy filmie, to trzeba samemu zobaczyć. Powzięłam postanowienie, że jest to moja pierwsza, ale nie ostatnia wizyta na Spitsbergenie. Niezależnie od stanowiska moich szefów będę się zajmowała akustyką wód polarnych! Dziś rano znów nas zaatakowały „górki” lodowe. Z jedną taką próbowaliśmy walczyć za pomocą bosaków, ale bezskutecznie, i musieliśmy się przestawić na inne miejsce, aby nie zrobiła nam krzywdy tym swoim „głaskaniem”. Dziś gościliśmy na statku szefostwo z bazy, poznałam więc szefa budowy Stacji i jako jedynej spośród ekipy naukowej udało mi się zwiedzić bazę i trochę ją obfotografować (pozostałym obiecano „wycieczkę” po bazie w drodze powrotnej).

Byliśmy też na dwóch lodowcach. Lodowiec Hansa, który schodzi do morza 30-40-metrową ścianą, jest imponujący! Z bliska wszystko nabiera zupełnie innych wymiarów. Byłam oczarowana. To było coś fantastycznego – ogromne bloki lodowe, szczeliny, jeziorka – obrazki zupełnie jak z bajki o Królowej Śniegu. Poza tym byliśmy na przecudnej wycieczce w górach i zaliczyliśmy jeden z pobliskich szczytów. Zmachaliśmy się nieźle, za to widok na lodowiec Hansa wynagrodził trudy wspinaczki. Ja byłam w kaloszach, jedynym obuwiu, jakie posiadam do zejścia na ląd, i teraz czuję pod stopami wszystkie te kamyki. Ale dzięki kaloszom lepiej od innych odczuwałam miękkość i puszystość mchów. Chodziło się po nich jak po cudownym dywanie. Na dole mchy przerośnięte są pięknymi kwiatami: białymi, żółtymi, różowymi, czerwonymi, tak że również kolorystycznie kojarzą się z perskim dywanem. Kwiaty są bardzo drobne, o łodyżkach nie dłuższych niż 2-3 cm, ale za to bajecznie kolorowe (tylko wyżej, wśród skał, rosły większe kwiaty – blado-żółte maki o łodyżkach 7 cm i średnicy kwiatka 2-2,5 cm). Mój statek (Kopernik) wyglądał z góry, wśród górek lodowych, jak zabawka, po prostu ciemny punkt na zatoce.

23.07.1978, godz. 1:10

Przed chwilą przypłynęliśmy na pierwszą stację w Tempelfjorden. Jedno z piękniejszych miejsc. Skały tak ukształtowane, że przypominają starożytne kaplice. Niestety, w tej chwili nieoświetlone. Może jak będziemy zabierać grupę, to trafimy na lepsze warunki do fotografowania. Wczorajsze święto narodowe odczuliśmy przede wszystkim dzięki szefowi kuchni. Na śniadanie była szynka, na obiad pyszny barszczyk z fasolą piękny Jaś i – specjalność tutejszej kuchni – gniazdka kapitańskie. Jest to rzeczywiście wspaniała potrawa: schab nadziewany cebulką i jajkiem, podawany z ryżem i pikantnym sosem. Na podwieczorek był tort cytrynowo-czekoladowy, specjalnie na tę okazję wieziony z kraju w chłodni, a na kolację biała kiełbasa z chrzanem. Rozpisuję się tyle na temat jedzenia, ale o ile Spitsbergen jest rajem dla oczu, o tyle kuchnia na „Koperniku” jest rajem dla żołądka. Gdybym miała śpiwór, wysiadłabym na ląd i pomogła prof. Jahnowi w jego badaniach, a tak niestety muszę zostać na statku.

24.07.1978, godz. 16

Dziś wysadzaliśmy na ląd naukowców z Torunia. Cała toruńska grupa (trzynaście osób z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu) wyszła po nas na brzeg, a potem nas zaprosili do swojej stacji. Przyjęli nas bardzo gościnnie, nie żałowali alkoholu i dobrego jedzenia, na zakończenie każdemu dali okolicznościowy znaczek i kopertę, całą opieczętowaną pamiątkowymi stemplami. Sama stacja jest bardzo prymitywna, ale okolice mają prześliczne. Jeśli „Sonda” przypłynie dostatecznie wcześnie, to prof. Teisseyre chce spędzić w tej stacji kilka dni. Oczywiście będę mogła wtedy do nich dołączyć i połazić troszkę po okolicach. W stacji mają w tej chwili trzy panie, więc z noclegiem nie będzie kłopotu. Dzisiaj odwiedziłam statkowych elektroników, bo mieli rozpocząć pomiary. Jednak jak to często bywa, coś nie wychodziło i naszym, i Norwegom (nie wszystkie ładunki odpalały). Trochę mnie podbudowało przyglądanie się ich pracy, bo widać z niej, że nie tylko ja walczę z aparaturą na morzu. A już miałam na tym tle pewne kompleksy. A tu jedenastu świetnych specjalistów, szkolonych na specjalnych stypendiach w firmie produkującej wysokiej klasy sprzęt, i dzieją się cuda. No, ale w końcu usterki udało się usunąć i myślę, że dalej praca pójdzie gładko. Oby tylko pogoda nadal była sprzyjająca. Dzisiaj jest pochmurno i dość chłodno, ale spokojnie, bez najmniejszej falki. To bardzo ułatwia prowadzenie pomiarów, bo ciągniemy za sobą 1,5 km kabla z mikrofonami.

26.07.1978

Dzisiaj zapowiada się nam atrakcyjna noc, bo po zebraniu grup mamy mieć czas wolny (na lądzie) w Tempelfjorden, tym najładniejszym. Dwa lata temu marynarze znaleźli tam mnóstwo poroży reniferów i teraz też chcą szukać. A ja dzisiaj na pierwszej stacji znalazłam wspaniały makrofit, większy ode mnie, brunatny z lekko zielonkawymi brzegami. W dotyku przypomina gumę. Chcę go zasuszyć, ale marynarze twierdzą, że po wysuszeniu wszystko się rozsypie. Od 21 do 5 rano byliśmy na fantastycznym spacerze. Wróciliśmy obładowani porożami reniferów i pięknymi kamieniami. Ponieważ nie wszyscy mogli zejść na ląd, częścią swoich zdobyczy podzieliłam się z pechowcami, którzy musieli pozostać na statku.

3.08.1978

„Sonda” stoi już przy burcie „Kopernika”, kapitan (Kostek Pielak) i Piotrek (jego 8-letni syn) są na okręcie, drugi kapitan, p. Marian Krzyworączka, uzupełnia dziennik, reszta załogi (tj. dwóch młodych chłopaków, Jurek i Romek) śpi. Dziś przesiadam się na „Sondę” i żegnam „Kopernika”. Pogoda znowu się popsuła. Od razu dostał mi się kambuz, a poza tym pełnię za Piotrka wachty nocne, więc na nadmiar czasu nie mogę narzekać. Ciągle jestem niedospana.

7.08.1978

Niewielki sztorm i przez cały dzień nic nie miałam w ustach. Jest chłodno, 3°C, na szczęście mamy zamontowany grzejnik, który grzeje, gdy pracuje silnik. Pod ocieplacz narciarski trzeba wkładać gruby sweter, bo inaczej wiatr hula i jest zimno. „Sonda” miała po drodze silny sztorm i przypłynęła w stanie mocno nadwyrężonym. Najgorsza usterka, której nie można usunąć, to brak logu. Przy tutejszych ciągłych mgłach bardzo to utrudnia poruszanie się, nie mówiąc o ustalaniu pozycji na morzu. Urządzamy się w ten sposób, że ktoś na dziobie rzuca deseczkę lub spleśniały chleb, a ktoś inny na rufie mierzy czas, ale przy zmiennych wiatrach błędy mogą być kolosalne. Poza tym zerwany jest sztormreling, pęknięty bom od spinakera, złamane krzesełko przy sterze i kilka innych drobnych usterek. Na „Sondzie” chłopcy są sfrustrowani i wymęczeni, właściwie chcieliby jak najszybciej wracać do domu.

8.08.1978

Dziś rozstajemy się z „Kopernikiem”, który odpływa do kraju. Na jachcie czas od razu zaczął płynąć w przyspieszonym tempie, chyba z racji obowiązków, jakie na mnie spadły. W tym tygodniu kukuję, tzn. zajmuję się kuchnią, a dodatkowo wychodzę na nocne zmiany za Piotrusia. Dziś z kucharzeniem mi się upiekło, bo staliśmy w Hornsundzie u boku „Kopernika” i cała załoga została zaproszona na wszystkie posiłki na statek. Całe szczęście, bo wczoraj miałam morderczy dzień. Trochę dmuchnęło i była duża fala, tak że z trudem można było utrzymać się na nogach, nie mówiąc o utrzymaniu garnków. W tym roku po raz pierwszy zaczęłam chorować na chorobę „geniuszy” (może dlatego, że jestem już po doktoracie, a może dlatego, że dużo przebywam z wybitnymi profesorami?) i wczoraj przez cały dzień nie miałam nic w ustach (dwukrotnie próbowałam się napić herbaty, ale natychmiast podzieliłam się nią z Neptunem). Męczyłam się okropnie, lecz wszystkich nakarmiłam i nawet ugotowałam obiad z trzech dań, tak jakby wcale nie było sztormu. Dziś się uspokoiło i czuję się dobrze. Na statku wykąpałam się i zrobiłam pranie, bo nie wiem, kiedy będę miała następny raz taką okazję. „Kopernik” odpływa do domu dziś wieczorem, 15 sierpnia będą już w Gdyni. Zazdroszczę im, właściwie też chciałabym już wracać. Na „Sondzie” atmosfera niezbyt przyjemna, chłopcy są przemęczeni i sfrustrowani, a dwaj kapitanowie ciągle mają różne zdania i zawzięcie się kłócą. Staram się łagodzić sytuacje, czasem mi się to udaje, ale nie jest to wdzięczne zajęcie. A przed nami jeszcze 5 tygodni pływania!

Wszyscy załoganci rejsu na „Sondzie” otrzymali Nagrodę Conrada (II miejsce), przyznawaną za największe osiągnięcia żeglarskie w danym roku. Główną nagrodę (I miejsce) otrzymała kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz za samotny rejs jachtem żaglowym dookoła świata.


Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Małgorzaty Godlewskiej. Zdjęcie w nagłówku: autorka wspomnień z Hiszpankami na statku „Profesor Siedlecki”, 1988.

Serdecznie polecam również rozmowę z Małgorzatą Godlewską:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.