„Kiedy byłam na stacji, to doceniłam rześkość skupienia się na podstawowych potrzebach” – Anna Samuła

Jest absolwentką geografii dwóch uniwersytetów – Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz im. Adama Adama Mickiewicza w Poznaniu, a także studium fotograficznego na Akademii Fotografii w Warszawie. Na Spitsbergenie była dwa razy – w stacji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika na Kaffiøyrze w 2013 roku i Stacji Polarnej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Petuniabukcie w 2016 roku. Mówi, że naukę i sztukę w jej życiu łączy jedno – ciekawość. Zajmuje się fotografią, szuka dla siebie przestrzeni na płaszczyźnie artystycznej i dokumentalno-reportażowej.

Daga Bożek: Jak się czułaś po powrocie do rzeczywistości, w której jest tak dużo bodźców?

Anna Samuła: Dzień po powrocie z pierwszej wyprawy spotkałam się z kilkoma przyjaciółmi w centrum miasta. Pamiętam, że siedziałam w klubie, wokół mnie głośna muzyka i mnóstwo ludzi. Miałam wtedy silne poczucie „bycia nie na miejscu”.

Z cyklu: „Arktyko, zostałam” 1/5, fot. A. Samuła

D.B.: Podejrzewam, że brak internetu w stacji raczej Ci nie przeszkadzał.

A.S.: Byłam na to jak najbardziej gotowa i nawet cieszyłam się, że na czas wyjazdu ten kontakt jest tak ograniczony. Raz na jakiś czas kontaktowałam się przez telefon satelitarny, żeby zapewnić bliskich o swoim stanie i by móc zapytać o ich zdrowie. W Polsce internet jest dla mnie elementem codzienności, łącznikiem ze światem, jednakże podczas pobytu na stacji doceniłam jego brak.

D.B. Dlaczego?

A.S.: Gdy jest za wygodnie, to zdarza mi sięuciekać do ciemnych rewirów w głowie. Zaczynam się martwić, nawiedzają mnie natarczywe myśli o rzeczach, na które nie mam wpływu. Kiedy byłam na stacji, to doceniłam rześkość skupienia się na podstawowych potrzebach.

D.B.: Interesuje mnie pojęcie „swojego miejsca”. Jak je rozumiesz po powrocie z wypraw?

A.S.: Przez pierwszą dekadę dorosłości mieszkałam w kilku miejscach w Polsce, a wyprawy polarne przekonały mnie do wyjazdu do Tromsø w ramach wymiany studenckiej na ostatnim semestrze studiów. Później wróciłam do Gdańska, skąd pochodzę. Myślę, że nie mam jeszcze swojego miejsca. Gdańsk jest moim miastem rodzinnym, to jest mój „matczyny port”, zawsze tu mogę wrócić. A sam Spitsbergen… Mam obawy mówić, że to jest „mój dom”. Na tyle czułam się tam dobrze, że mogę powiedzieć, iż wzięłam stamtąd cząstkę dla siebie, ale też moja cząstka została tam.

Z cyklu: „Arktyko, zostałam” 2/5, fot. A. Samuła

D.B.: To bardzo częste, dużo osób, które były w regionach polarnych, wspomina o tym zjawisku.

A.S.: Czuję pewną więź. Gdy przebywam w danym miejscu, lubię wiedzieć, gdzie są kierunki: północ, południe, wschód, zachód. Wtedy też przypominam sobie dalsze i bliższe mi miejsca, patrzę w danym kierunku i uświadamiam sobie, że tam, setki kilometrów na północ, jest miejsce, które było przez pewien czas moim domem.

D.B.: Zdarza Ci się patrzeć na mapę albo oglądać zdjęcia, które przywiozłaś z wypraw? Często wracasz do wspomnień?

A.S.: Tak, do zdjęć szczególnie. Jak wcześniej wspomniałam, na stacjach nie było internetu, więc nie mogłam ich publikować na bieżąco. Co w sumie uważam za dobry aspekt, ponieważ miałam czas na ich przejrzenie i wybranie tych, które chciałam zaprezentować. A w przypadku zdjęć na kliszy dochodził jeszcze czas na wywołanie i skanowanie. Gdy budowałam strony internetowe prezentujące zdjęcia z wyprawy, to te fotografie miały swoje premiery przynajmniej rok lub dwa lata po powrocie. Lubię wracać do tych zdjęć. Miewam też sny, które dzieją się na Spitsbergenie. Moi przyjaciele mówią mi, że gdy zaczynam opowiadać o tym miejscu, to oczy mi się błyszczą!

Z cyklu: „Arktyko, zostałam” 3/5, fot. A. Samuła

D.B.: Jesteś fotografką. Czy te zdjęcia pełnią dla Ciebie jeszcze jakąś inną rolę?

A.S.: Archiwizacyjną. Dla mnie było i jest ważne, by wiedzieć, co fotografuję. To coś oczywistego, ale sporo osób zapewne wiesza w domach zdjęcia, o których niewiele wie, co one przedstawiają, kierując się głównie ”ładnością”. Uważam też za ważne, by zachowane fotografie właściwie opisać, żeby w przyszłości wiedzieć, co to za miejsca – jaka to równina, nizina, góra, lodowiec, w jakim dniu były sfotografowane, o jakiej porze dnia. Owszem, fotografia cyfrowa bardzo w tym pomaga. Natomiast na pierwszą wyprawę wzięłam ze sobą sześćdziesiąt parę klisz fotograficznych, małoobrazkowych i średnioformatowych, więc równolegle z analogowym fotografowaniem wykonywałam też cyfrowe zdjęcia. Bardzo cenię, gdy stare zdjęcia (na przykład z wypraw polarnych, ale nie tylko) są poprawnie opisane. To świadczy o tym, że ktoś, kto je zrobił, myślał o kontekście, żeby dana fotografia nie była tylko ładnym obrazkiem.

D.B.: Czego jako fotografka szukałaś na Spitsbergenie? Co chciałaś uwiecznić?

A.S.: Podczas drugiej wyprawy, gdy pisałam pracę magisterską, regularnie wychodziłam w teren, żeby pobierać próbki wody. Taka czynność jednorazowo mogła zająć dwie-trzy godziny. Tymczasem ja wolałam zapuszczać się gdzieś na cały dzień, siadać w wybranym miejscu i je obserwować, bez aparatu. Chciałam zobaczyć region polarny latem! Jest on magiczny dla fotografa, podczas dnia polarnego, gdy oświetlenie otoczenia zmienia się w zależności położenia Słońca w ciągu całej doby. Zależało mi na zharmonizowaniu się z przyrodą i uwiecznieniu tego na zdjęciach. Nie fotografuję dużo, a jeśli już to robię, to znaczy, że bardzo mi zależy na relacji, jaką mogę stworzyć z danym miejscem. Chcę zatrzymać czas w kadrach – gdy za pięćdziesiąt lat, za sto, ktoś spojrzy na moje zdjęcia, zobaczy, jak świat się zmienił. Dobrze wiemy, że Arktyka się ociepla. Kiedy byłam na Spitsbergenie, zapragnęłam, by być w gronie osób, które rejestrują zmiany klimatu. Chcę prezentować te zdjęcia z nadzieją, że zaciekawią ludzi na tyle, że sami zaczną się zastanawiać, co się dzieje z naszym światem.

Z cyklu: „Arktyko, zostałam” 4/5, fot. A. Samuła

D.B.: Czy nadal zajmujesz się nauką?

A.S.: Obecnie nie. Mam wiele zainteresowań, ale na razie nie znalazłam drogi na kontynuowanie wspólnego dialogu pomiędzy nimi a nauką. Nie porzuciłam jednak śledzenia dokonań w badaniach polarnych.

D.B.: Czy wobec tego czujesz się artystką?

A.S.: Myślę, że na tym etapie mam już odwagę, by powiedzieć, że jestem artystką. Balansuję pomiędzy fotografowaniem artystycznym a dokumentalno-reportażowym. Gdy myślę o fotografiach, które skupiają się na zaprezentowaniu krajobrazu w danym oświetleniu, które mają bardzo techniczny charakter, to od razu pojawiają mi się w głowie również prace, które są opracowane we własnej technice fotograficznej, a którą po raz pierwszy zastosowałam w mojej pracy dyplomowej z fotografii.

Z cyklu: „Arktyko, zostałam” 5/5, fot. A. Samuła

D.B.: Ta technika ma jakąś nazwę?

A.S.: Muszę ją wymyślić. (śmiech) To jest technika, w której nie zawsze to, co jest negatywem i to, co jest pozytywem, nimi będzie. Zależy mi, żeby pewne obszary zdjęcia wydobyć w formie pozytywowej, a niektóre w negatywowej. To dość czasochłonne, ale i wciągające zajęcie. Podobne zabiegi były stosowane od początku dziejów fotografii, więc nie przypisuję sobie całkowitego odkrycia techniki, ale przyznaję, że zaczęłam od eksperymentów, a poznanie historii takich działań przyszło później.

D.B.: Czy masz swoje ulubione zdjęcie ze Spitsbergenu?

A.S.: Hm…

D.B.: Albo takie, które jest dla Ciebie istotne z jakiegoś powodu?

A.S.: Jest takie, które było dla mnie inspiracją, by pojechać drugi raz na Spitsbergen, napisać pracę magisterską.

D.B.: Co przedstawia?

A.S.: Fragment tundry na równinie Kaffiøyra, płytką wodę wypełnioną sinicami. Pojawiają się i znikają w zależności od wielu czynników – wytapiania się wieloletniej zmarzliny, spływu powierzchniowego, przepuszczalności podłoża. Ten widok zobaczyłam w 2013 roku. Wyglądał jak kosmiczny pejzaż: cienka warstwa sinic, które tworzyły coś w rodzaju wodnych dywanów. Po dotknięciu falowały na całej swej powierzchni, reagowały na mój dotyk. To były moje spitsbergeńskie mikrokrajobrazy, zawarłam je w cyklu zdjęć pod tytułem „Nakrywa”. Wspomniane ujęcie reprezentuje mój początek głębszego zainteresowania wieloma reprezentacjami polarnych regionów i jest przykładem, że takie małe krajobrazy można dostrzec na ogromnych równinach.

D.B.: Dziękuję za rozmowę!


Anna Samuła jest jedną z bohaterek książki Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata. Prezentowane w wywiadzie zdjęcia tworzą cykl pt. „Arktyko, zostałam”. Artystka opatrzyła go poetyckim komentarzem:

“Arktyko, zostałam”.

Zwracam się do Arktyki i mówię jej, że zostałam.
Zostałam częścią siebie u niej,
zostałam myślami z nią,
zostałam z działaniami przybliżającymi mnie do niej
nawet, gdy jestem daleko.

Zostałam polarniczką.

Zdjęcie w nagłówku: Anna Samuła na Spitsbergenie, fot. Patrycja Ulandowska-Monarcha

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.