„Wystarczy mieć góry w sercu” – Joanna Pociask-Karteczka

Spotkałyśmy się w lipcu 2020 roku w Zakładzie Hydrologii Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z prof. dr hab. Joanną Pociask-Karteczką, hydrolog, rozmawiałyśmy wtedy o wyprawach badawczych na Spitsbergen w latach osiemdziesiątych, miłości do gór i tym, dlaczego naukowiec… pisze wiersze.

D.B.: Chciałabym zacząć naszą rozmowę od poezji. W latach dziewięćdziesiątych zaczęła Pani publikować swoje wiersze. Oprócz tego jest pani naukowcem. Skąd to się wzięło?

J.P.-K.: Zajmuję się zawodowo nauką i opisem zjawisk przyrodniczych, które zachodzą wokół nas. Doszłam do wniosku, że język nauki nie wystarcza, by ten opis był pełny, by wyczerpał wszystkie lub prawie wszystkie aspekty rzeczywistości. Potrzebny jest inny język. Sądzę, że opis poetycki jest uzupełnieniem opisu naukowego. Początkowo była to poezja skoncentrowana na uczuciach. Przyroda przyszła nieco później, aczkolwiek była obecna też w pierwszych moich tekstach. W szczególności interesuje mnie środowisko przyrodnicze gór wysokich.

D.B.: Skąd góry wysokie? Czy Pani się wspinała?

J.P.-K.: Kiedyś na Skałkach Twardowskiego w Krakowie próbowałam pokonać Babę Jagę – jedną ze ścian wspinaczkowych w dawnym kamieniołomie. Odpadłam na przewieszce. To mnie oczywiście nie zahamowało, ale nie kontynuowałam później tego zainteresowania. Nie było mi widocznie potrzebne. Może dlatego, że moim zdaniem „życie górami” nie polega na ich zdobywaniu. To jest zupełnie coś innego.

D.B.: A na czym polega?

J.P.-K.: Na byciu w górach i życiu górami. Można żyć górami, żyjąc wśród betonowych dolin.

D.B.: Jak to zrobić?

J.P.-K.: Wystarczy mieć góry w sercu. Jest to czasami bardzo trudne i bolesne, kiedy nie można być w górach, bowiem życiowe okoliczności zmuszają nas do przebywania gdzie indziej. Jednak ważna jest sama świadomość, że góry są wierne, zawsze czekają, nigdy człowieka nie odepchną, jeśli tylko wykaże się pokorę.

D.B.: Czy pobyt na Spitsbergenie wyzwolił w Pani zachwyt nad przyrodą, który zamieniła Pani w słowa?

J.P.-K.: Ta chęć opisu poetyckiego, przyrodniczego chyba wyzwoliła się już wtedy. Aczkolwiek napisałam niedawno tekst, który wiąże się z moim pobytem na szczycie góry Lidfjellet na Sørkapplandzie, czyli południowej części Spitsbergenu. Góra zachwyca niesamowitym  kształtem przypominającym trumnę. Opisałam wrażenia, zakodowane jeszcze w roku 1983 lub 1984, czyli po blisko czterdziestu latach. To są takie ułamki chwil, rozbłyski, które zostają w nas i je odczuwamy nawet po długim czasie, ale słów możemy szukać później.

Joanna Pociask-Karteczka
Źródło: archiwum prywatne J. Pociask-Karteczki

D.B.: Wzrusza się Pani, wracając do polarnych wspomnień?

J.P.-K.: Tak,chciałabym tam być, wrócić, ale nie wiem, czy to będzie możliwe, choć zawsze staram się optymistycznie podchodzić do życia. Bedąc w 2019 roku na Ziemi Ognistej z utęsknieniem patrzyłam na południe, w kierunku Antarktydy…

D.B.: Czyżby zachorowała Pani na gorączkę polarną?

J.P.-K.: Tak, dla mnie to przede wszystkim pozytywne emocje, ale myślę, że tą chorobą polarną powinno się kierować tak, by nie było ofiar. To jest pasja. Można sobie zadać pytanie, czy pasja wymaga ofiar?

D.B.: To jest bardzo trudne pytanie.

J.P.-K.: Na pewno trzeba próbować minimalizować ofiary. Może złotym środkiem jest dawanie czegoś w zamian. Myślę, że nie tylko w przypadku polarystyki tak jest. Mam tu na myśli alpinistów, ludzi gór. Czasami wydaje mi się, że ci, którzy za wszelką cenę chcą zdobyć szczyty, nie radzą sobie w dolinach. A za bardzo niewłaściwe uważam traktowanie gór jako areny sportowej.

D.B.: Do gór należy odnosić się z szacunkiem?

J.P.-K.: Do gór i tych, których zostawiamy, idąc w te góry. Bardzo ważna jest też pokora.

D.B.: Na pewno to właściwa postawa w regionach polarnych, gdzie naocznie się przekonujemy, że to przyroda dyktuje wszystkie warunki, a nie my. Jak Pani wspomina swoje wyprawy na Spitsbergen?

J.P.-K.: Byłam tam dwukrotnie – latem 1983 i 1984 roku.

D.B.: Zbierała Pani materiały do pracy doktorskiej?

J.P.-K.: Tak, udało mi się skartować hydrograficznie sporą część niezlodowaconej części Sørkapplandu. Okazało się m.in. że jedna z linii, która jest zaznaczona na mapach norweskich jako rzeka  jest de facto lineamentem uskoku tektonicznego. Napisałam o tym do odpowiedniego urzędu norweskiego, ale do tej pory nie zostało to skorygowane.

D.B.: W którym miejscu to było?

J.P.-K.: To było na południu Kulmstrandy.

D.B.: Tam Pani głównie prowadziła obserwacje?

J.P.-K.: Tak, na równinach nadmorskich i w górach Sørkapplandu, na obszarze niezlodowaconym, ale oczywiście były też okazje by eksplorować lodowce, poznać ich funkcjonowanie.

D.B.: Jakie sytuacje utkwiły Pani najbardziej w pamięci?

J.P.-K.: Ta z niedźwiedziem polarnym, kiedy część ekipy wyszła na badania w teren, my zaś z kolegą doktorem Antonim Dobiją pozostaliśmy w husie traperskim na równinie Breinesflya. Wyszłam na zewnątrz za wał burzowy  i nagle ujrzałam ogromnego niedźwiedzia, który szedł wzdłuż wybrzeża, kierując się w naszą stronę i obwąchując na brzegu resztki wyrzucone przez morze. Hus był rozmiaru przedziału kolejowego, a my mieliśmy tylko naboje do rakietnicy. Strzelbę zabrali w teren chłopcy. Byliśmy zatem przerażeni. Na szczęście Antoni zaprojektował maszynerię strzelającą rakietami z wykorzystaniem mosiężnej rurki od młynka hydrologicznego. W husie znajdował się piecyk żeliwny, w drzwiach wejściowych zaś otwory po sękach. Antoni wymyślił, iż w jednym końcu rurki umieścimy rakietę i wystawimy ją przez dziurkę w drzwiach, zaś drugi koniec rurki wstawimy do pieca – powstanie ciśnienie i nastąpi wybuch. Wszystko przygotowaliśmy, rozpaliliśmy w piecu. Tymczasem niedźwiedź dość powoli szedł w naszą stronę. Dodatkowo rozpaliliśmy ognisko przed domkiem i porozrzucaliśmy wokół konserwy, żeby zwierzę zajęło się nimi, zanim się do nas dobierze, na wypadek, gdyby machina nie zadziałała.

D.B.: Musiała być Pani przerażona. Znam to uczucie.

J.P.-K.: Tak! To była ogromna bestia! Na szczęście chyba wiatr zniósł dym z ogniska w jego stronę i niedźwiedź zawrócił. Z odległości 40-50 metrów od domku! A przygodę z Wojtkiem Moskalem pani zna?

D.B.: Myślę, że Wojtek miał dużo przygód. (śmiech)

J.P.-K.: To była przygoda mrożąca krew w żyłach! Pewnego razu odwiedziliśmy Kolegów w bazie PAN w Hornsundzie. Przebywał tam też Wojtek Moskal oraz prof. Stanisław Siedlecki. Moskal zaproponował: „Przewiozę cię łodzią, sprawdzimy silnik prof. Siedleckiego”. Była przecudna pogoda. Byłam jedynym pasażerem. Tafla fiordu była lekko pomarszczona, toteż przy dużej prędkości podskakiwałam tak mocno, że postanowiłam siąść na dnie łodzi.

D.B.: Musiało być jeszcze bardziej niewygodnie…

J.P.-K.: Tak. W pewnym momencie nagle szarpnęło łodzią, a ja wyskoczyłam w powietrze jak z katapulty. Na szczęście spadłam do łodzi. Okazało się, że silnik wpadł do wody. Na szczęście był zabezpieczony liną. Wojtek próbował go wyciągać, a ja wiosłowałam w kierunku stacji. W tym samym czasie Koledzy ze stacji PAN w Hornsundzie oraz Koledzy z bazy na Palffyodden, będący w kontakcie radiowym przeczuwali, że coś musiało się stać. Znaleźli nas po kilku godzinach. Wszystko skończyło się dobrze, a mogło tragicznie. Opisałam to w poemacie „Ocalenia”.

dwudziestopięcioletnia dziewczyna płynęła po szafirowym fiordzie
głódź mknęła wibrując na marszczących się falach
ląd był daleki i dziś niepotrzebny dziewczynie z rozwianymi włosami
i chłopcu który kilkanaście lat potem przemierzył Północny Biegun
nagle iceberg ukryty pod taflą pozornie łagodnej wody
zatrzymał łódź i wstrząsnął nią szybciej niż myśl
znów woda wyciągnęła po dziewczynę zimne dłonie…

Joanna Pociask-Karteczka, Ocalenia

D.B.: Jak to wydarzenie na Panią wpłynęło?

J.P.-K.: Nie spowodowało, że stałam się bardziej rozważna podczas wyjść w teren. Rozwaga i spokój przyszły z wiekiem. Muszę jednak przyznać, że niektóre doznania z wypraw wpłynęły na moje życie, na przykład pobyt na Breinesflya podczas wyprawy w 1984 roku. Mieszkaliśmy w maleńkim husie traperskim – po jednej stronie domku poniżej miniaturowego okienka znajdowała się moja prycza, po drugiej zaś – prycza piętrowa. Reszta ekipy musiała spać w namiocie. Ponadto hus był bardzo niski, tylko ja mogłam w nim stanąć wyprostowana. Ten pobyt pokazał mi, jak niewiele potrzeba człowiekowi, by żyć i być szczęśliwym. Staram się cały czas o tym pamiętać.

D.B.: Pisała Pani dziennik na Spitsbergenie?

J.P.-K.: Też. Dzienniki pisałam cały czas, z różną częstotliwością. Piszę do teraz, obecnie  głównie na temat mojej córki, by jej zostawić na pamiątkę. Obiecałam sobie, że będę pisać, dopóki nie skończy osiemnastu lat. Skończyła je mniej więcej dwanaście lat temu, a ja nie mogę przestać. (śmiech)

D.B.: Wspominała Pani, że pisząc, skupiała się Pani na relacji człowieka z przyrodą. W moim odczuciu praca w stacji polarnej, bazie terenowej, to doskonała okazja do obserwowania interakcji. Moja inna Rozmówczyni, Magdalena Tulli, nazwała te zachowania karykaturalnymi. Między innymi ich dostrzeżenie zachęciło ją do pisania. Czy ludzie i ich zachowania też pojawiają się w Pani twórczości?

J.P.-K.: Głównie przyroda była i jest do tej pory moją najważniejszą inspiracją, aczkolwiek w ostatnich latach w moich tekstach poetyckich dominują odniesienia do ludzkich dylematów, bieżących problemów ludzkości.. Niektóre teksty dedykuję bliskim mi osobom i traktuję to jako podarunek.

D.B.: Czy po powrocie ze Spitsbergenu wracała jeszcze Pani w zimne rejony?

J.P.-K.: Tak, dotarłam na Alaskę, między innymi na Przylądek Barrow. Innym północnym kierunkiem była wyprawa geomorfologiczna w rejon pola lodowego Jostedal w Norwegii. Wraz z grupą prof. Collina Ballantyne’a mierzyliśmy rdzenie drzew w jednej z dolin, która niegdyś była zlodowacona. Ogromne wrażenie wywarły na mnie wyprawy do Patagonii oraz do fiordów Nowej Zelandii.

D.B.: A czy czuła pani, że gorączka polarna się odezwała? Czy te wrażenia trudno porównać do tych ze Spitsbergenu?

J.P.-K.: W przypadku Alaski jak najbardziej. Natomiast Norwegia wynikała z mojej naukowej ciekawości. Będąc parę lat temu Patagonii, moja chęć zahaczenia o Ziemię Ognistą miała związek z chorobą polarną, żeby być bliżej Antarktyki.

D.B.: Czyli jednak chce się wracać…

J.P.-K.: Tak, i to bardzo. Lecz chodzi nie tyko o zaspokojenie mojej chęci, ale również o aspekt naukowy. Wykonałam badania hydrograficzne prawie czterdzieści lat temu i możliwość ich powtórzenia w celach porównawczych mogłaby dać interesujące wyniki dotyczące ewolucji środowiska przyrodniczego rejonu, który jest bardzo czuły na wiele zmian o charakterze globalnym.

D.B.: Gdyby Pani mogła pokusić się o podsumowanie, czym były dla Pani wyprawy na Spitsbergen?

J.P.-K.: Przez pewien czas były źródłem wyników naukowych, które trzeba było opracować i opublikować. Uczestniczyłam w życiu polarnym, spotykając się z tymi samymi ludźmi. I właściwie mogłam dalej zostać w polarystyce, ale cóż, przyszedł czas na habilitację, pojawił się nowy temat i inne możliwości badawcze. Natomiast w życiu pozostał po Arktyce „niezatarty ślad”. To nie tylko pamięć o krajobrazach, ale o ludziach. Kiedy obcuje się z ludźmi w takim środowisku,  wytwarza się zupełnie inna relacja, aniżeli w typowym życiu codziennym.

Poza tym to były inne czasy, lata osiemdziesiąte – w Polsce komuna, a my – nie dość, że poza granicami kraju, to w dodatku na Spitsbergenie. Sama podróż była fascynująca: przez Moskwę i Murmańsk, nawet przez Archangielsk.

Joanna Pociask-Karteczka
Na Palffyodden w 1984 roku, źródło: archiwum prywatne J. Pociask-Karteczki

D.B.: Powiem szczerze, że choć z innymi moimi Rozmówczyniami widziałyśmy się w większości po raz pierwszy, to świadomość, że byłyśmy w tych samych miejscach, powoduje, że pomimo wieku i doświadczenia jest coś więcej, co nas łączy. Na obu wyprawach, w których Pani uczestniczyła, była Pani jedyną kobietą. Jak wspomina Pani współpracę z pozostałymi uczestnikami?

J.P.-K.: Czułam się pełnoprawnym członkiem wyprawy. Sama się sobie dziwię, bo będąc jedyną kobietą, mogłabym nie czuć się dobrze w takich okolicznościach. Chodziłam w teren na równi z kolegami, prowadziłam własne obserwacje, sama instalowałam sprzęt, uczestniczyłam w obserwacjach meteorologicznych. Nikt mi nie dawał odczuć, że jestem gorsza, ani ja nie czułam się wyjątkową. To był wspaniały czas…

D.B.: Widzę, że uśmiecha się Pani do wspomnień.

J.P.-K.: Oj, tak! (śmiech)

D.B.: Jest Pani hydrologiem. A czy mówi Pani o sobie, że jest poetką?

J.P.-K.: Nie.

D.B.: Dlaczego?

J.P.-K.: Nie jest to moje główne zajęcie, toteż nie zasługuję na takie określeniePo prostu piszę także wiersze…

D.B.: Czyli jest pani naukowcem, hydrologiem, który pisze wiersze? (śmiech)

J.P.-K.: Tak, który też pisze wiersze, od czasu do czasu.

D.B.: A skoro o definicjach mowa – kim dla pani jest „polarnik”, „polarniczka”?

J.P.-K.: Mogłabym również sobie zadać pytanie, czy ja jestem „polarniczką”? Myślę, że przy takich osiągnięciach, jakie mam w zakresie tematyki polarnej, to trudno chyba mnie tak nazwać, bo to zaledwie dwie wyprawy. Może gdybym kontynuowała w szerszym zakresie swoją aktywność badawczą na tych terenach, to myślę, że wówczas tak.

D.B.: Czyli dla Pani ta definicja jest powiązana z pracą badawczą?

J.P.-K.: Tak. W o wiele szerszym zakresie, dłuższym czasowo, niekoniecznie terytorialnie.

D.B.: Ostatnio coraz więcej mówi się o feminatywach, które wzbudzają różne emocje. W naszej rozmowie nie używa Pani formy „hydrolożka” w odniesieniu do siebie.

J.P.-K.: W ogóle nie przyszło mi do głowy, że takiego słowa można użyć. Siebie określam jako hydrologa, przyrodnika.

D.B.: A „naukowczyni”?

J.P.-K.: Też nie. To jest terminologia, która niekoniecznie ma związek z nauką; są to wymysły osób, które przerysowują pewien problem. Być może czują się niedowartościowane. Powinniśmy się skupiać na bardziej realnych problemach.

D.B.: Widzę, że ten temat mocno Panią zajmuje. Nie ukrywam, że mnie również.

J.P.-K.: Czy ktokolwiek hamuje u nas rozwój kobiet w Instytucie? Wszystkie mogą złożyć wnioski o granty, nie ma żadnych form dyskryminacji. Osobom, które lansują te „-żki”, można uświadomić, że w tej chwili wiele rzeczy oceniamy anonimowo. Bez nazwisk. Tu nie chodzi o dyskryminację, tylko merytoryczność. Czy ktoś jest bardziej wartościowy, że się nazywa „przyrodniczką”?

D.B.: Nie sądzę. Pozwólmy na naturalną ewolucję języka, nie narzucajmy sobie i innym, jak mają siebie definiować. Myślę, że warto życzyć tego nam wszystkim. Bardzo Pani dziękuję za rozmowę.

Więcej informacji o dorobku naukowym prof. dr hab. Joanny Pociask-Karteczki można znaleźć na stronie: http://www.hydro.geo.uj.edu.pl/~j.pociask/.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *