„Wyprawa to jest misja” – Maria Agata Olech

Spotkałyśmy się w maju 2021 roku w Tylmanowej. W niewielkim salonie przywitały mnie geologiczne okazy z Antarktyki i wszędobylskie pingwiny – w formie figurek, maskotek; uwiecznione na zdjęciach i makatkach. Moja rozmówczyni przyznała, że ma ogromną słabość do tych pociesznych nielotów, a jej pingwinia kolekcja liczy kilka tysięcy eksponatów. Nawet przed werandą, na tle srebrzącego się w oddali Dunajca, pyszniły się przy rabatce figura pingwina Adeli wraz z pisklęciem.

Maria Agata Olech: Na swoją pierwszą polarną wyprawę pojechałam bardzo późno.

Daga Bożek: Co to znaczy „późno”?

M.O.: Dopiero po habilitacji. Miałam czterdzieści jeden lat. Dlatego często podczas moich kolejnych wypraw byłam najstarszą kobietą pracującą naukowo w terenie. (śmiech)

D.B.: W 1982 roku pojechała Pani po raz pierwszy na Spitsbergen. Wtedy też poznała Pani profesora Stanisława Siedleckiego, założyciela stacji w Hornsundzie.

M.O.: Profesor miał w sobie wiele uroku. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, wysyłał mi listy na przylądek Palffyodden, gdzie mieliśmy bazę terenową. Doskonale pływał łodzią, był niezrównanym gawędziarzem. Kiedy w 1991 roku miałam płynąć do Stacji Arctowskiego jako kierownik wyprawy, profesor prosił mnie, żebym zabrała go za sobą. A miał wtedy prawie osiemdziesiąt lat!

D.B.: Stacja, którą założył profesor Siedlecki, dzisiaj nazywa się Polska Stacja Polarna Hornsund. Jego nazwiskiem nazwano ją dopiero w 2007 roku, pięć lat po śmierci. Dlaczego tak późno?

M.O.: Miał dużą opozycję w kraju. Byłam jedną z osób, która wspierała pomysł nazwania stacji jego imieniem.

D.B.: Profesor napisał dla Pani na Spitsbergenie wierszyk, w którym mech rozmawia z porostem:

„Dlatego chociem malutki,
choć mały, biały lub czarnutki,
choć zwyklem małej wagi,
jam zdobył serce Agi”

M.O.: Tak, piękne to było.

D.B.: Dlaczego poświęciła Pani swoje życie zawodowe badaniu porostów?

M.O.: Od dziecka nie interesowały mnie duże rośliny. Wtedy jeszcze porostów nie widziałam. Ale opiekowałam się wszystkimi mchami w okolicy. (śmiech) Okrywałam je na zimę, podlewałam. Następnie, kiedy zaczęłam wspinać się najpierw w Tatrach, potem w Alpach, odkryłam porosty.

D.B.: A później się okazało, że w regionach polarnych one również występują.

M.O.: Na początku miałam duże trudności, bo przede mną na Uniwersytecie Jagiellońskim nie było lichenologa. Po części byłam samoukiem. W latach dziewięćdziesiątych założyłam Pracownię Lichenologii i Lichenoindykacji w Instytucie Botaniki UJ.

D.B.: Całą metodykę badań stworzyła Pani praktycznie od początku.

M.O.: Pociągają mnie takie pionierskie prace. Profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski zawsze mówił, że dzień bez odkrycia to dzień stracony. (śmiech) A poza tym – porosty są fascynujące. Z tym że zawód lichenologa jest raczej dla mężczyzny.

D.B.: Dużo noszenia ciężkich plecaków podczas pracy w terenie.

M.O.: I odbijania okazów młotkiem geologicznym. Ręce przy tym marzną.

D.B.: Ważyła Pani swoje plecaki?

M.O.: Na lotniskach. Zawsze je podpierałam nogą, żeby nie przekroczyć dopuszczalnej wagi. (śmiech)

D.B.: Jan Wieruch, z którym Pani zimowała na Stacji Arctowskiego, w swojej książce Jak zostałem polarnikiem napisał: „W naszej wyprawie znalazły się dwie kobiety. No, będzie ciekawie – pomyślałem”. Opisuje Panią jako osobę: „zamkniętą w sobie, milczącą, ale sympatyczną i uprzejmą”. Jak Pani trafiła na swoje pierwsze i wymarzone zimowanie w 1986 roku?

M.O.: Na jednym z sympozjów profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski, założyciel Stacji Arctowskiego i organizator wypraw do Antarktyki, zainteresował się moją osobą i zaproponował wyjazd. Wtedy naukowcy wyjeżdżali na cały rok. W nocy przed wyjazdem do Warszawy na rozmowę kwalifikacyjną niefortunnie przeczytałam książkę Jana Terelaka.

D.B.: Lektura dotycząca psychologii polarnej mogła się przydać…

M.O.: Wręcz przeciwnie – bardzo mnie zdenerwowała!

D.B.: Dlaczego?

M.O.: Nabrałam przekonania, że w stacji jest jak w wojsku, a osoby, które jeżdżą na wyprawy, niekoniecznie są w pełni władz umysłowych. Miałam wątpliwości co do wyjazdu. Podczas rozmowy usłyszałam stanowcze: „To w końcu jedzie pani czy nie?! Niechże się pani wreszcie zdecyduje!”. Spuściłam głowę i nagle zauważyłam, że jestem w dwóch różnych butach. Taka byłam zdenerwowana, że wcześniej tego nie zauważyłam. (śmiech)

D.B.: Mimo to się udało i została Pani uczestniczką 11. Polskiej Wyprawy Antarktycznej.

M.O.: Tak, ta sytuacja z butami zupełnie profesora rozbroiła. Potem pojechał do Krakowa i przekonał mojego przełożonego z Instytutu Botaniki UJ, żeby dał mi roczny urlop. Ale wątpliwości pozostały – podsycił je Bogusław Molski. Był dyrektorem Ogrodu Botanicznego PAN w Warszawie, na Wyspie Króla Jerzego w ramach trzeciej wyprawy organizował szklarnię pod hodowlę roślin. Powiedział, że na stacji jest niebezpiecznie i jeżdżą tam ludzie nieokrzesani.

D.B.: Nie bała się Pani jechać?

M.O.: Zapisałam się na kurs samoobrony…

D.B.: O, rany! Naprawdę?!

M.O.: Tak, moim trenerem był ówczesny szef komandosów krakowskich. Razem działaliśmy w klubie wysokogórskim, był moim kolegą. Był zadowolony z moich efektów. Powiedział nawet, bym nie używała całej swojej siły, bo mogę zabić. (śmiech) Komandosi podarowali nam trochę sprzętu alpinistycznego, więc Stacja Arctowskiego na tym skorzystała.

D.B.: Na pierwsze zimowanie jechała Pani jako samodzielny naukowiec. W tamtych czasach w przypadku kobiet na polskich wyprawach było to rzadkie zjawisko. Parę lat przed Panią w Antarktyce zimowały tylko Anna Kołakowska i Wiesława Jachimiak.

M.O.: Trzeba zaznaczyć, że Anna Kołakowska była na dwóch wyprawach całorocznych z mężem. Kiedy przyjechałam na stację, bardzo miło mnie przyjęła. Natomiast jej koledzy z wyprawy trochę się ze mnie podśmiechiwali – co taka nieśmiała i małomówna osoba będzie robić na zimowaniu. Radzili, żebym wracała. Moje przygnębienie pogłębiła utrata całego sprzętu fotograficznego z aparatem Nikon na czele, który mi skradziono ze wszystkimi pieniędzmi w Rio de Janeiro. To była nieopisana strata.

D.B.: Na wyprawie zimowała Pani z lekarzem Elżbietą Weinzieher. Dwie kobiety na wyprawie to był wtedy dobry układ?

M.O.: Różnie z tym było. Ja się najlepiej czułam sama albo gdy było więcej kobiet. Dwie panie na wyprawie oznaczają podział na dwie grupy.

D.B.: Poruszałyśmy ten temat podczas rozmowy z psycholog dr Agnieszką Skorupą. Wspominała, że większa liczba kobiet dodatnio wpływa na wyprawę – nie czują się osamotnione, wspierają się i inspirują. Grupy mieszane działają równie efektywnie jak męskie, a przecież do pewnego momentu tylko takie zimowały.

M.O.: Całkowicie się z tym zgadzam.

D.B.: Kto Pani pomagał podczas pracy w terenie?

M.O.: Sama nosiłam próby. Jestem przyzwyczajona. Podobnie jak do towarzystwa samych mężczyzn – razem z kolegami eksplorowaliśmy jaskinie, wspinaliśmy się w Tatrach, Alpach.

D.B.: Na Stacji Arctowskiego spotkałam się z określeniem Pani jako „harpagana”. Brzmiał w nim podziw.

M.O.: Inni mówili też „lodołamacz”. (śmiech)

D.B.: Od samego początku, czyli letnich wypraw na Spitsbergen w 1982 i 1985 roku, ciężko pracowała Pani na te określenia.

M.O.: Zwłaszcza że mój udział w wyprawach wynikał z tego, że byłam i może do tej pory jestem jedynym specjalistą od porostów polarnych północy i południa.

D.B.: Ma pani godnych następców?

M.O.: Mówiono i pisano, że stworzyłam Polską Polarną Szkołę Botaniczną. Jeśli chodzi o lichenologów – tak, chociaż nie do końca. To jest bardzo wąska i wymagająca specjalizacja.

D.B.: Przejdźmy do Pani drugiego i ostatniego zimowania – na Stacji Arctowskiego w latach 1991-1992 była Pani kierownikiem 16. Polskiej Wyprawy Antarktycznej. Pierwszy raz kobieta w historii polskich wypraw polarnych objęła takie stanowisko. To pewnie nie było łatwe.

M.O.: Nie było. Niektórzy wręcz nie mogli znieść kobiety w takiej roli. Sąsiednie stacje na Wyspie Króla Jerzego były zszokowane.

D.B.: Aż tak?

M.O.: Tak. Kiedy początkowo wywoływali naszą stację przez radiostację, słyszałam: „Proszę z kierownikiem stacji, a nie z jego żoną”. Kiedy przy moich kolegach z wyprawy zdarzyło mi się mocno przekląć (a nigdy nie przeklinam i tępię to), zrobiła się cisza. Wtedy wszyscy zaczęli mnie słuchać.

Maria Agata Olech
Maria Agata Olech w Antarktyce, 2002 r., archiwum prywatne M.A. Olech

D.B.: Jakby tego było mało, Pani zimowanie przypadło na bardzo trudny okres, kiedy ze względu na brak funduszy planowano zamknąć Stację Arctowskiego.

M.O.: To były czasy transformacji. Ówczesny minister edukacji ogłosił publicznie plany zlikwidowania Polskiej Akademii Nauk jako instytucji powstałej za „czerwone pieniądze”. A Stacja Arctowskiego podlegała wtedy pod Instytut Ekologii PAN. Postanowili zredukować personel, wprowadzić oszczędności. Dostałam polecenie służbowe, by zamknąć stację i sprowadzić ludzi do kraju. Nie dostałam tego na piśmie, to jest wstydliwie przemilczana sprawa. Całą noc nie spałam, nazajutrz zorganizowałam spotkanie. Powiedziałam, że zostaję. Ostatecznie do kraju wróciło pięć osób. Jeżeli byśmy opuścili stację, ktoś mógłby ją zająć.

D.B.: Szczęśliwie placówka funkcjonuje do dziś. A jak Pani przełożony, profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski, zareagował na Pani decyzję?

M.O.: Profesor Suszczewski przyznał po moim powrocie, że wiedział, kogo wysyła. Miałam jego wsparcie. Ale to nie koniec historii – jakby zmartwień było mało, zabrakło nam paliwa na zimę.

D.B.: Agregaty prądotwórcze nie miały by na czym pracować. Nie zostały żadne zapasy paliwa po poprzedniej wyprawie?

M.O.: Żadne. Rozpoczęliśmy batalię o przetrwanie stacji, pisaliśmy, do kogo się dało, z prośbą o wsparcie finansowe. W Stanach Zjednoczonych powstało nawet Towarzystwo Wspierania Stacji Arctowskiego.

D.B.: Jak się udało rozwiązać problem braku paliwa?

M.O.: Uratowali nas Rosjanie. Michaił Kaloszin, kapitan statku „Michaił Somow”, przekazał nam 177 ton paliwa. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Do Polski wracaliśmy statkiem radzieckim. W międzyczasie zmieniły się realia polityczne – mam zdjęcie, jak zamalowują sierp i młot, a na ich miejsce malują pingwiny.

D.B.: Jest Pani chodzącą historią! (śmiech)

M.O.: To jest okropne! (śmiech) Byłam przy stawianiu krzyża na Przylądku Wilczka w 1982 roku na Spitsbergenie, fotografowałam powstanie stacji hiszpańskiej Juan Carlos I w 1988 roku na Wyspie Livingstona w Antarktyce, w czym jako kraj mieliśmy swój udział. Bardzo dużo tych wspomnień.

D.B.: Ostatni raz na Stacji Arctowskiego była Pani w sezonie letnim 2014-2015. Jak Pani wspomina tamtą wyprawę?

M.O.: Złamałam wtedy nogę, a przez brak fachowej opieki medycznej na stacji przez dwa miesiące o kulach chodziłam w teren, prowadziłam badania. Dopiero w Polsce się mną zajęli. Mimo to wracanie na Stację Arctowskiego to jest cud boski. Kiedy pojechałam na pierwszą wyprawę, myślałam, że to ostatnia i dlatego tak harowałam jak wariat. Myślałam, że już nigdy tam nie pojadę. To, że wtedy kobiety mogły jeździć na wyprawy antarktyczne jest zasługą profesora Stanisława Rakusy-Suszczewskiego. Jakby była taka możliwość, to bardzo chętnie bym znów pojechała na Stację Arctowskiego, nawet gdybym miała mieszkać w namiocie. (śmiech)

D.B.: Uczestniczyła Pani w wielu wyprawach w regiony polarne – na Spitsbergen, Grenlandię, do Arktyki kanadyjskiej, Antarktyki. Jak Pani godziła te wyjazdy z życiem zawodowym w Polsce?

M.O.: Nie miałam takiego luksusu jak naukowcy z PAN i jako pracownik Instytutu Botaniki UJ prowadziłam zajęcia dydaktyczne. Przed wyjazdem miałam mnóstwo formalności do wypełnienia. Wracając, nie myślałam o wakacjach, bo czekała na mnie praca na uczelni i odrabianie zaległości. Brałam urlopy bezpłatne, żeby jeździć w regiony polarne. To wszystko odbijało się na życiu prywatnym, towarzyskim.

D.B.: Czy czasem żałuje Pani, że wybrała taką drogę?

M.O.: Nie żałuję. Gdybym drugi raz miała wybierać, też bym tak postąpiła. Bycie naukowcem to kwestia wyboru, trzeba się temu poświęcić. Ciągle wydaje mi się, że wyprawa to jest misja.

D.B.: Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

Zdjęcie w nagłówku: archiwum prywatne M.A. Olech


Prof. zw. dr hab. Maria Agata Olech – pierwsza w Polsce lichenolog polarna, twórca Polskiej Polarnej Szkoły Botaniki, światowej sławy specjalista w badaniu porostów. Stopień doktora lichenologii uzyskała w Instytucie Botaniki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie od 1969 roku pracowała na stanowisku lichenologa. Był to pierwszy etat w tej dziedzinie i jednostce, wcześniej prowadzono jedynie epizodyczne prace dotyczące porostów. W 1994 roku założyła Pracownię Lichenologii i Lichenoindykacji w Instytucie Botaniki UJ, której była kierownikiem. Jednostka w 1997 roku weszła do również założonego przez nią Zakładu Badań i Dokumentacji Polarnej imienia Profesora Zdzisława Czeppego. Z tą placówką była związana przez całe życie zawodowe jako jej wieloletni kierownik. Uczestniczyła w kilkunastu wyprawach polarnych do Arktyki i Antarktyki, w tym dwa razy zimowała w Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego. Pierwsza kobieta kierownik polskiej wyprawy antarktycznej w latach 1991-1992. W 2001 roku za swoje osiągnięcia została członkiem Explorers Club. W 2004 roku pełniła funkcję kierownika naukowego 23. Indyjskiej Ekspedycji Naukowej organizowanej przez National Centre for Antarctic and Ocean Research na Antarktydę. W 2012 roku jako pierwszy polski polarnik pokonała Przejście Północno-Zachodnie, uczestnicząc w międzynarodowej wyprawie badawczej jachtem Marguerite 1. Materiały, które zebrała w rejonach Arktyki i Antarktyki, pozwoliły opisać nowe dla nauki dziewięćdziesiąt taksonów, w tym pięć rodzajów i sześćdziesiąt gatunków porostów, grzybów naporostowych, workowców autonomicznych, sinic oraz glonów. Jej naukowa bibliografia liczy około pięciuset pozycji.

Jest jedną z pierwszych kobiet zaangażowanych w działalność Komitetu Badań Polarnych. W latach 1992-2000 pełniła funkcję sekretarza naukowego. Była także przewodniczącą Komisji Badań Antarktyki działającą przy KBP, a także wiceprzewodniczącą tej organizacji. Od 1990 roku piastuje stanowisko przewodniczącej Rady Redakcyjnej „Polish Polar Research”. Jest także redaktor naczelną „Biuletynu Polarnego” – pisma naukowego KBP i Klubu Polarnego Polskiego Towarzystwa Geograficznego.

2 odpowiedzi na “„Wyprawa to jest misja” – Maria Agata Olech”

  1. Dodam, że wysłałem Agatę na stację Goa (Indie) w wschodniej An tarktyce, gdzie wspólnie z naukowcem Indii pracując tam napisała klucz do oznaczania porostów oazy Schirmahera.

  2. Droga Agato cieszę się,że spotkałam Cię na żywo. Widzę Cię na fotelu pod portretem Arctowskiego. Też kocham pingwiny i te ciągłe rozmowy z nimi na Stacji przeniosłam teraz na rozmowy z bezdomnymi kotami. Życzę Ci dalszych sukcesów naukowych i dziękujmy Bogu że dał nam poznać taki kawałek wspaniałości swojego dzieła stworzenia
    Anna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *