Wspomnienie śp. Grażynki Dziurli

Za zgodą Rodziny i na prośbę koleżanek i kolegów ze środowiska polarników publikuję wspomnienie naszej koleżanki, wieloletniej logistyk Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Tekst został odczytany podczas mszy pożegnalnej 27 czerwca w kościele pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie k. Otwocka.

„Ale wam głupot naopowiadał” – pamiętam, że tak mniej więcej zareagowała Grażynka, kiedy jej powiedziałam, jaką poradę miał dla nas profesor Piotr Głowacki, kierownik Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN.

Grażyna Dziurla

Grażynka Dziurla (1954–2025), zdjęcie pochodzi z archiwum rodzinnego

Był maj 2012 roku i za miesiąc mieliśmy płynąć na Spitsbergen jako uczestnicy całorocznej 35. Wyprawy Polarnej IGF PAN. Profesor sporo nam opowiadał o Arktyce, dzielił się swoim wieloletnim polarnym doświadczeniem. Na jednym ze spotkań poradził: „Koniecznie weźcie ze sobą spodnie dresowe. Na stacji kucharz serwuje bardzo dobre jedzenie i normą jest, że do kraju wraca więcej polarnika niż wyjechało. Pod koniec zimowania nie wszyscy są w stanie zmieścić się dżinsy, w których przyjechali”. Oczywiście, musiałam zapytać Grażynkę, czy z tymi spodniami to prawda. Usłyszałam, że to bzdura, ale dresy mi się nie przydały.

Po powrocie do kraju odwiedzałam czwarte piętro Instytutu Geofizyki PAN, gdzie zawsze mogłam liczyć na kubek kawy i uśmiech Grażynki. Mimo natłoku zajęć, znajdowała chwilę dla swoich podopiecznych – polarników, których już tyle wysłała na daleką północ. Bo o tym, że jej sympatia i wsparcie nie skończyło się wraz z zimowaniem, miałam okazję bardzo szybko się przekonać. Tak jak w 2019 roku, kiedy trafiłam na życiowy zakręt. Dwie godziny rozmowy i podzielenie się kilkudziesięcioletnim doświadczeniem dały mi przekonanie, że sobie poradzę. Grażynka powiedziała mi wtedy, że bardzo przeżywa rozterki i problemy polarników, których darzy sympatią, więc stara się pomóc, na ile może. Pomogła.

Pewnie gdyby dawno temu ktoś powiedział Grażynce, że będzie zajmować się logistyką polarną, mogła by w to nie uwierzyć. Ale raczej nie uznałaby tego za niemożliwe.

Urodziła się w Józefowie, wychowała na Saskiej Kępie w Warszawie. Studiowała ogrodnictwo w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Jako inżynier ogrodnik pracowała na stanowisku technicznym w Zakładzie Fitopatologii. W latach 80. wyjechała z ówczesnym mężem w Bieszczady. Pracowali w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Mała miejscowość na końcu świata, po dwóch latach wrócili do Warszawy.

O zmianie kierunku zawodowego Grażynki zadecydował nieodłączny życiu przypadek. Jej koleżanka z SGGW, Halina Kowalewska–Giżejewska, zachęciła ją do pracy w Instytucie Geofizyki PAN. Nie odmówiła. Był 1987 rok.

Zakres obowiązków Grażynki obejmował udział w organizacji wypraw i w rejsach jesiennych na Spitsbergen w charakterze supercargo, czyli osoby, która sprawuje pieczę nad całym ładunkiem dostarczanym do Stacji Polarnej do lata następnego roku. Pierwsza ekspedycja, którą współorganizowała od początku do końca, miała numer jedenaście. Trzy razy była w Hornsundzie – w 1989, 1992 i 2011 roku. Po śmierci Haliny Kowalewskiej-Giżejewskiej w 2009 roku, przejęła po niej wszystkie obowiązki i przez kilka lat pracowała samodzielnie, zanim dział logistyki Polskiej Stacji Polarnej Hornsund nie powiększył się o kilka innych osób.

Jej zaangażowanie w to, co robiła, było tak duże, że delegowano ją na międzynarodowe spotkania polarne nie tylko do Norwegii czy na Svalbard, ale także do Japonii, Francji, Włoch, na Alaskę i Islandię.

Współpracę z Instytutem Geofizyki PAN zakończyła w grudniu 2024 roku po 37 latach wytężonej pracy.

Kiedy w 2019 roku udało mi się namówić ją na rozmowę do książki, którą wtedy pisałam, nie chciała się przyznać, ile wypraw już zorganizowała.

„Zgadzam się na wywiad, ale tylko w formie korespondencyjnej” – zastrzegła.

„Grażynka nie była aż tak otwartą osobą, żeby specjalnie szukać znajomości czy być na świeczniku. Nie lubiła się narzucać. Natomiast jeżeli znalazła się w sytuacji, w której otaczały ją osoby życzliwe, oddawała bardzo dużo” – powiedział mi jej brat, Pan Marek. Nieustannie go zaskakiwały spotkania z ludźmi z różnych środowisk, którzy znali Grażynkę. I zawsze z uśmiechem ją wspominali.

Nie bała się wyzwań, lubiła uczyć się nowych rzeczy. Tak było z wędrowaniem po górach w czasach szkolnej młodości czy z nauką angielskiego. I pewnie tak też było z polarystyką.

Pod koniec życia wzmógł się jej zapał do gotowania – czynności, którą zawsze lubiła. Kolekcjonowała przepisy, łączyła smaki i składniki. Zapewne chętnych na te specjały nie brakowało. Podobnie jak na pasztety, których zdjęcia Grażynka konsekwentnie zamieszczała na Facebooku z niezmiennym komentarzem: „Tym razem miało być naprawdę mało, ale wyszło jak zwykle”.

Grażynko, brakuje nam Ciebie. Jest tu dziś obecnych wiele polarniczek i polarników, którzy dzięki Twojej pomocy i wsparciu mieli niezwykłą szansę i zaszczyt pracować w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie. Stacji badawczej na dalekiej północy, której historię współtworzyłaś i której jesteś częścią.

Wierzymy, że ta ostatnia wyprawa, w którą się wybrałaś, jest taka, jaką sobie wymarzyłaś. Towarzyszymy Ci w niej naszą modlitwą i dobrymi wspomnieniami.

Grażynka Dziurla jest jedną z bohaterek reportażu „Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata”.


Podoba Ci się projekt Polarniczki? Jeżeli uważasz, że warto go wspierać, zapraszam na profil projektu w serwisie Patronite. Dziękuję!

Projekt Polarniczki na Patronite.pl

Dodaj komentarz