„Spełniłam marzenie mojego taty” – Paulina Pakszys

Rozmowa z Pauliną Pakszys – oceanografem, pracownikiem Instytutu Oceanologii PAN i popularyzatorką wiedzy o zmianach klimatu w kontekście regionów polarnych. Tematem jej pracy doktorskiej były aerozole atmosferyczne w europejskiej części Arktyki. Z Pauliną spotkałyśmy się latem 2013 roku w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie. Brała udział w rejsie na statku badawczym „Ocenia” – charakterystycznym trójmasztowcu należącym do Instytutu Oceanologii PAN, który co roku prowadzi badania w Arktyce. Od tego czasu na Spitsbergenie była trzy razy.

Dagmara Bożek: Próbowałaś liczyć, ile czasu łącznie spędziłaś do tej pory w regionach podbiegunowych?

Paulina Pakszys: Nie. (śmiech)

D.B.: A jak się to wszystko zaczęło?

P.P.: Od studiów. Wybierałam pomiędzy oceanografią na Uniwersytecie Gdańskim oraz logistyką i zarządzaniem w transporcie morskim na Akademii Morskiej w Gdyni. Wywołało to wielką wojnę z moim ojcem, który twierdził, że oceanografia nie ma przyszłości. Przez dobre dwadzieścia lat pływał w dalekomorskich wyprawach na statkach-przetwórniach. Zwiedził kawał świata. Nie posłuchałam go, wybrałam oceanografię. (śmiech) Załapałam się na praktyki, rejsy po Bałtyku, i tak nawiązałam współpracę z Instytutem Oceanologii PAN, zaczęłam robić doktorat. Potem pojawiła się propozycja: „Ruda, chcesz popłynąć na Spitsbergen?”, odpowiedziałam: „No pewnie!”.

D.B.: To był Twój chrzest arktyczny – całe trzy miesiące rejsu w Arktyce. Pochwaliłaś się tacie?

P.P.: Pewnie! Dzwonię do ojca i mówię:

– Tato, tato! Nie zgadniesz, dokąd popłynę!

– No dokąd?

– Na Spitsbergen!

– Jak to na Spitsbergen?!

– No płynę Oceanią na trzy miesiące na Spitsbergen z wejściem do stacji polarnej.

Cisza w słuchawce, a potem słyszę:

– Noż k***a! Cały świat zjeździłem i jedyne moje marzenie, dokąd chciałem pojechać, spełniasz ty.

Tata dopłynął kiedyś na statku do wejścia do fiordu Hornsund, ale nie pozwolono im zejść na ląd. I to był jeden jedyny raz, kiedy dotarł w tę część świata.

D.B.: !

P.P.: Tak więc spełniłam jego marzenie. (śmiech) Tata chciał też, by jedna z jego córek zrobiła doktorat, więc to również udało się zrealizować.

Paulina Pakszys

D.B.: Twój „pierwszy Spitsbergen”. Jakie emocje Ci towarzyszyły?

P.P.: Czekaliśmy na wejście w pierwszy lód i mieliśmy specjalny asortyment przygotowany na tę okazję.

D.B.: Co to było?

P.P.: „Wiadro oceanograficzne”, którym pobieraliśmy chłodną wodę. Tamtego dnia wrzuciliśmy do niego butelkę różowego wina.

D.B.: Pełna kultura!

P.P.: Tak! A do tego dzień polarny – było wtedy lato, cały czas jasno. Byłam pełna energii! Niesamowite doświadczenie, kiedy słońce jest tak długo na niebie.

D.B.: Pamiętasz swoje pierwsze zejście do stacji?

P.P.: Tak, na pierwszym Spitsbergenie schodziłam dwa razy. Schodziliśmy tak naprawdę na parę godzin, żeby ogarnąć internet. Pamiętam, że to było dzikie i szalone. W stacji był duży ruch, każdy miał swoje zajęcia i zadania. Uprzedzono nas, żeby nie zawracać nikomu głowy. Był też czas, żeby pójść na wycieczkę.

D.B.: Pamiętam ekipę z Oceanii, która odwiedziła stację latem 2012 roku. Wszyscy usiedli w mesie z telefonami, laptopami, podpięli się do internetu. Informatyk się wściekł: „No nie! To jest stacja polarna, to nienormalne, żeby ludzie ze sobą nie gadali. Nie mogę na to patrzeć!” i wyłączył internet. Wybuchła panika – co się stało, że nie ma internetu?!

P.P. (śmiech): To jest straszne, wiesz, bo wy na stacji macie internet, a gdy my jesteśmy na morzu przez trzy miesiące, to różnie bywa. Teraz jest lepiej, ale wtedy pojawił się na statku internet satelitarny, który był mocno limitowany. Limit poszedł w ciągu tygodnia i przez cały rejs nie mieliśmy łączności. Dlatego tak bardzo na stacji każdy chciał napisać rodzinie: „Tak, żyję! Nic mi nie jest!”. (śmiech)

D.B.: Nie ciągnęło Cię na zimowanie?

P.P.: Ciągnęło, ale więcej argumentów było przeciw.

D.B.: Jakie?

P.P.: Między innymi to, że polityka polskich stacji bardzo się różni od zarządzania placówkami zagranicznymi. Chodzi między innymi o kwestie finansowe. Inna kwestia to mój przebojowy charakter, który powoduje, że nie lubię się nudzić. Jako osoba towarzyska raczej kiepsko bym zniosła zamknięcie w wąskiej grupie.

D.B.: Czy w zakres badania aerozoli, którymi zajmujesz się zawodowo, wchodzi „translokacja zanieczyszczeń”? Badacie, skąd napływają zanieczyszczenia na terytorium Arktyki?

P.P.: Tak, jak najbardziej. Po polsku to niezbyt zgrabnie brzmi: „dalekosiężny transport zanieczyszczeń”.

D.B.: A po angielsku jak się to nazywa?

P.P.: Po prostu „Longrange transport”. Ładniej. Wykonujemy modele transportu zanieczyszczeń na podstawie wyszukiwania ich źródeł. Nie prognozujemy.

D.B.: Skoro o języku mowa – co wpisujesz w rubryczce „zawód”?

P.P.: W papierach mam „oceanograf” i tak wpisuję. (śmiech)

D.B.: Nie „oceanografka”?

P.P.: Wolne żarty. Nie lubię tytułowania „polarnik”, „polarniczka”. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Wolę formy bezosobowe, bo takie figurują w języku angielskim. Tak samo z określeniami „pan”, „pani”. Nie lubię ich, staram się przechodzić na formę bezpośrednią, bo tak też robimy za granicą. Tytuły naukowe również do mnie nie przemawiają –w mojej pracowni staramy się tego unikać. Jeśli mogę podpisać się bez „dr”, to jest super.

D.B.: A w środowisku polarnym funkcjonujesz po prostu jako „Ruda” – w końcu kolor włosów to Twój znak rozpoznawczy. (śmiech) Wracając do kwestii zawodowych – oprócz nauki zajmujesz się edukacją. Sprawia Ci to frajdę?

P.P.: Tak. W edukacji skupiamy się przede wszystkim na zmianach klimatu i ogólnym pojęciu oceanu światowego, też z nastawieniem na Bałtyk, bo on jest nam najbliższy. Jak się okazuje, w przeróżnych grupach docelowych ludzie są źle doinformowani. W szkołach nie ma odpowiednich zajęć. Ludziom brakuje naukowych podstaw, a wyrażają zdanie na dany temat.

D.B.: Wszyscy jesteśmy ekspertami.

P.P.: Tak, wszyscy są ekspertami od wszystkiego. I to jest zgubne podejście. Dlatego chcemy uświadamiać ludzi, co się dzieje wokół nas i w naszym najbliższym otoczeniu.

D.B.: Co chciałabyś w ten sposób osiągnąć?

P.P.: Żeby każdy z nas potrafił krytycznie spojrzeć na temat zmian klimatu czy regionów polarnych, nie bazując jedynie na medialnej papce.

D.B.: Jak na Ciebie wpłynęła praca w regionach polarnych?

P.P.: Na pewno spokorniałam, widzę, że nie wszystko się da. Pogoda ogranicza, trzeba umieć zaakceptować, że czegoś nie można zrobić. Wcześniej byłam wyznawcą przekonania: „Jak się nie da, kiedy się da!”. (śmiech) Nauczyłam się słuchać, uspokoiłam się wewnętrznie. Takie wyjazdy to pewne wyrzeczenie – nie mogę wyjść na piwo ze znajomymi albo pojeździć na rowerze, ale znajduję czas na czytanie książek, oglądanie filmów. Mówimy, że to jest „inny świat”, ale tam zawsze jadą podobni ludzie.

D.B.: Co przez to rozumiesz?

P.P.: Kiedy kogoś poznam w Arktyce, to wiem, że nie poznam takiego człowieka przypadkiem na ulicy. Tam jadą wybrańcy. Jest wspólna cecha, która ich łączy i to jest ten magiczny aspekt wyjazdu do Arktyki. Tam powstają znajomości i przyjaźnie na całe życie.

Paulina Pakszys

D.B.: A dla kogo Arktyka nie jest odpowiednim miejscem?

P.P.: To muszą być osoby, które lubią środowisko naturalne i kontakt z przyrodą oraz nie mają problemu z przybywaniem z ludźmi, których nie znają. To nie jest łatwe. Przypomina to życie w akademiku. Ale z drugiej strony mówi się, że nie ma idealnej osoby na wyjazd do Arktyki. To kwestia mocno indywidualna.

D.B.: A jakie kobiety jeżdżą do Arktyki? Pokusiłabyś się na jakąś charakterystykę?

P.P.: Zauważyłam, że większość kobiet są to osoby, które… patrz, mówię dalej „osoby”, to jest właśnie moje mniemanie! Nie ma kogoś takiego jak „polarniczka”. (śmiech) To są głównie kobiety, które lubią góry. Choć mnie jest zdecydowanie bliżej do morza.

D.B.: A czy podczas Twojej pracy na morzu, w regionach polarnych, miałaś momenty, że musiałaś coś udowadniać?

P.P.: Multum!

D.B.: Opowiedz coś o tym.

P.P.: Myślę, że jest ich coraz mniej, bo kobiety uczestniczą w większości prac na statku, coraz więcej z nich przychodzi na doktorat, stara się o pracę naukową, ale kiedy zaczęłam pływać w 2013 roku, to sytuacja była inna. Było nas wtedy trzy czy cztery. Bałam się, idąc na statek, że w przypadku małej liczby kobiet w załodze mężczyźni będą sobie pozwalać na niemiłe docinki. Kilka takich było, jednak zawsze wypowiadane w formie żartu, nawet jeśli miał być złośliwy.

Pytałaś mnie wcześniej o to, co Spitsbergen zmienił w moim życiu. Co prawda to był efekt krótkotrwały, ale może Cię zainteresować. Opowiedzieć?

D.B.: Chętnie.

P.P.: Pierwszy wyjazd był dla mnie całkowitym oderwaniem od rzeczywistości. Zadomowiłam się na Spitsbergenie, zapomniałam, że gdzieś robi się zakupy, jeździ autobusem do pracy.Zamiast portfela brałam broń, zamiast torebki – plecak z zapasowym jedzeniem i skarpetkami na zmianę. To są takie drobne przyzwyczajenia, które wchodzą mocno w nawyk. Najgorszy był powrót. Kiedy chciałam wyjść z domu, musiałam wziąć portfel, klucze, telefon. Nie broń. Wychodzę – są samochody, drzewa, ludzie. Telefon mi dzwoni! Za dużo było tych bodźców ze świata zewnętrznego. Przez pierwsze dwa dni spotykałam się ze wszystkimi znajomymi, ale kiedy miałam wrócić do regularnych zajęć, pracy, zaszyłam się w domu. Nie chciałam nic robić, nie miałam na nic ochoty i siły. To był stan okołodepresyjny. Tamten świat wbił mi się w głowę, był tak miły i przyjemny, że powrót był ciężki. Po drugim wyjeździe na Spitsbergen tak nie miałam.

D.B.: Na koniec naszej rozmowy opowiedz jakąś historię polarną, której wspomnienie powoduje, że uśmiechasz się sama do siebie.

P.P.: Mój chrzest polarny na stacji! (śmiech) Z reguły po bazie chodziłam w legginsach, koszulce z krótkim rękawkiem. Koledzy stwierdzili, że jestem idealnie ubrana i owinęli mnie czarną folią stretchową od stóp do szyi łącznie z rękoma. Potem położyli mnie na stole w mesie i zaczęli po mnie pisać markerami. W pewnym momencie mi się znudziło, bo w tej folii było dosyć gorąco (śmiech), więc powiedziałam, że muszę wyjść zapalić. Rzeczywiście pozwolili mi wyjść w tym stretchu na papierosa, odpalili mi go, a potem tak mnie zostawili. A historię o sikaniu na lodowcu znasz?

D.B.: Nie, opowiadaj.

P.P.: Nie pytaj mnie dlaczego, ale moim marzeniem zawsze było wysikać się na lodowcu. Najchętniej do studni lodowcowej.

D.B.: Serio?! (śmiech)

P.P.: Tak, bo tam płynie woda, co samo napędza fizjologię. I zrobiłam to!

D.B.: Jak głęboka była ta studnia?

P.P.: Wąziutka. Czterdzieści centymetrów w głąb.

D.B.: Czyli zagrożenia życia nie było. (śmiech) Najważniejsze, że z pięknym widokiem na lodowiec. Dzięki za rozmowę!

Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Pauliny Pakszys.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *