„Po powrocie do kraju usłyszałam, że się sprawdziłam” – Anna Kołakowska

Ta rozmowa jest dla mnie szczególna, bo jeszcze parę lat temu nie śmiałabym nawet myśleć, że poznam pierwszą Polkę, która uczestniczyła w całorocznej wyprawie polarnej. Profesor Anna Kołakowska, uczestniczka dwóch ekspedycji do Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego, to jedna z tych niezwykłych osób, które o swojej niezwykłości zupełnie nie mają potrzeby opowiadać.

Daga Bożek: W 1983 roku razem z mężem pojechała Pani na swoje pierwsze zimowanie w ramach 8 wyprawy antarktycznej. Była Pani pierwszą kobietą w historii polskiej polarystyki, która w Antarktyce spędziła rok. Na jaki moment w Pani życiu przypadło to przełomowe wydarzenie?

Anna Kołakowska: Byłam samodzielnym pracownikiem naukowym po habilitacji. Pracy było w bród – badania, dydaktyka – ale zarówno mnie, jak i mężowi, również naukowcowi, dawała nam ona mnóstwo satysfakcji, Na okres wyjazdu otrzymaliśmy bezpłatny urlop na uczelni. To był dobry moment.

D. B.: Poza tym to były czasy, kiedy polska flota rybacka poławiała kryla w Antarktyce i pracowano nad technologiami pozyskiwania z niego białka do celów przemysłowych.

A. K.: Mąż w związku z tym uczestniczył w rejsach na statkach rybackich, na których badano kryla. Przywoził próby, robiliśmy badania. On był bardziej zainteresowany analizą białek, a ja lipidów, dzięki temu doskonale się uzupełnialiśmy. Myślę, że to było mocnym argumentem za moją kandydaturą jako uczestniczki wyprawy antarktycznej do Stacji Arctowskiego.

D. B.: Jak wspomina Pani rozmowę rekrutacyjną?

A. K.: Była bardzo krótka. Profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski, kierownik instytutu organizującego wyprawy do Stacji Arctowskiego, uznał, że pasuję do składu grupy zimującej. Myślę, że przeważyły moje kompetencje, a płeć miała drugorzędne znaczenie.

D. B.: A jak Panią przyjęła grupa? Miała Pani spędzić rok w Antarktyce z trzynastoma mężczyznami.

A. K.: Ci, co po raz kolejny jechali na zimowanie, pewnie byli zdziwieni, ale nie zauważyłam wśród nich niechęci. Grupę wspominam jako bardzo przyjazną i życzliwą.

Anna Kołakowska w Antarktyce, fot. E. Kołakowski

D. B.: Utrzymują Państwo kontakty z kolegami z wypraw?

A. K.: W tej chwili niestety już nie. Teraz jestem na emeryturze, ale jeszcze trzy lata temu byłam czynna zawodowo, pracowałam na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym, gdzie wykładałam na kierunku dietetyka. Teraz dzięki Pani wróciła do mnie pierwsza miłość – Antarktyka! Razem z mężem grzebiemy w zdjęciach, jesteśmy zafascynowani powrotem do wspomnień i ciągle nam się coś przypomina!

D. B.: Czyli to przywiązanie do regionów polarnych nie znika wraz z wiekiem?

A. K.: To jest tak jak z pierwszą miłością – o tym się pamięta i to zostaje w sercu. Obrazy, zapachy…

D. B.: Z pierwszej wyprawy wrócili Państwo w 1984 roku, niedługo później był kolejny całoroczny wyjazd do Stacji Arctowskiego. To był 1986 rok i 10 wyprawa antarktyczna. Czy to nie za szybko? Znów jechać na rok w miejsce, gdzie są trudniejsze warunki klimatyczne, odrywać się od codziennych obowiązków?

A. K.: Niczego się nie obawiałam. Całe szczęście, że nie było trzeciej wyprawy, bo bym pojechała! (śmiech) Na pierwszej wyprawie bałam się różnych rzeczy. Nasz bagaż był ogromny – liczył dziewiętnaście wielkich skrzyń sprzętu laboratoryjnego i trzydzieści sześć kontenerów! Dźwigałam te kontenery, bo chciałam być równoprawna. Nikt mi nie pomagał, nosiliśmy je oboje razem z mężem. Na drugą wyprawę się cieszyłam, bo badania się rozkręciły. Pojechała wtedy z nami druga kobieta, Wiesława Jachimiak, bo bycie tą jedyną na wyprawie okazało się dla mnie dość męczące pod względem psychologicznym.

D. B.: Czyli niewiele brakowało, żeby antarktyczna przygoda potrwała dłużej. (śmiech)

A. K.: Być może, wtedy mnie nosiło. Pamiętam, że po powrocie jeździliśmy do pracy taką trasą, żeby było widać port i statki. Myślałam sobie wtedy, że natychmiast bym wsiadła. Trzeba by było tylko jakąś szczoteczkę do zębów skombinować. Została we mnie tęsknota. Trzeciej wyprawy już nikt nam nie proponował, ale okres po powrocie był trudny.

D. B.: Dlaczego?

A. K.: Pod względem klimatu – było za gorąco, duszno. Poza tym ta rzeczywistości wydawała się nam nieprawdziwa, a stosunki między ludźmi nieszczere. Mówiono do mnie znowu: „pani profesor”, a ja tak od razu do wszystkich na „ty”…

D. B.: A jak się Państwo odnaleźli w relacjach rodzinnych?

A. K.: Mamy jedną córkę, ale ona była przyzwyczajona do naszej wiecznej nieobecności wynikającej z naszej pracy. Umiała się sobą zająć. Była wtedy na studiach medycznych we Wrocławiu, mieszkała w akademiku. Z perspektywy lat wiem, że nie byłam taką mamą jak powinnam.

D. B.: A jak Pani wspomina wspólne zimowania z mężem?

A. K.: Pod względem prywatnym nie było nam łatwo, zwłaszcza na pierwszej wyprawie, na której byłam jedyną kobietą. Ale mąż mnie strzegł, miałam w nim oparcie. Pod względem naukowym uzupełnialiśmy się w ramach prowadzonych badań. W kraju każde z nas miało swoje osobne katedry i zespoły.

D. B.: Pamięta Pani jakieś trudne chwile podczas wyprawy?

A. K.: Jedną z nich była ta, kiedy asystowałam przy wyrywaniu zęba…

D. B.: Proszę opowiedzieć.

A. K.: Raz przyszedł do mnie lekarz i powiedział: „Słuchaj, ty podobno byłaś na medycynie dwa lata. Musisz trzymać głowę Mietka, bo trzeba wyrwać ząb”. Tymczasem Mietek wył z bólu. Próbowałam zorganizować jakąś pomoc, ale byłam sama. Nie było wyjścia – trzymałam kolegę za głowę, a lekarz go znieczulał po całości! Na szczęście ząb udało się wyrwać. Potem żartowałam do kolegi, że jeszcze nikt mnie nie podrywał na ząb, w dodatku jeszcze cudzy! (śmiech)

D. B.:A jak było z tym śmigłowcem chilijskim, który się rozbił niedaleko Stacji Arctowskiego w 1986 roku? To było podczas Pani drugiego wyjazdu.

A. K.: Mąż był wtedy kierownikiem wyprawy. Chilijczycy przylecieli do nas z wizytą. Śmigłowiec uderzył w ląd, pasażerowi obok pilota ścięło z pół czaszki. Wszystko było zalane krwią, mózg się rozsypał. Żeby nie zużyć wszystkich gaśnic na stacji, ze względów bezpieczeństwa gasiliśmy pożar tym, co było pod ręką, między innymi mąką. Razem z Wiesławą Jachimiak zajęłyśmy się dziećmi, bo na pokładzie było kilka rodzin. Zwłoki pasażera, który zginął w wypadku, jeszcze kilka dni leżały u nas w stacji. Zostały odebrane przez załogę chilijskiego śmigłowca, która przywiozła do nas ekipę techniczną, aby posprzątali miejsce katastrofy.

Tablica w okolicy Stacji Arctowskiego upamiętniająca katastrofę chilijskiego śmigłowca, fot. K. Wojtysiak

D. B.: Wróćmy jeszcze do Pani pierwszej wyprawy. Nie bardzo miała się Pani kogo poradzić, co zabrać ze sobą na rok, bo żadna kobieta na polskich wyprawach przed Panią nie zimowała.

A. K.: Zgadza się. W dodatku musiałam mierzyć się z trudnościami wynikającymi z tego, że byłam jedna na stacji. Na przykład nie chciałam suszyć bielizny we wspólnej suszarni, tylko robiłam to u siebie w pokoju. Toaleta i łazienki były wspólne, więc często korzystałam z nich na końcu kolejki

D. B.: Teraz, kiedy kobiety regularnie jeżdżą na stacje polarne, trudno wyobrazić sobie takie sytuacje. Jadąc na wyprawę, dostała Pani męski ekwipunek, bo przecież nikt osobno nie zamawiał damskich rzeczy. Wspominała Pani, że ubrania były za duże, niewygodne.

A. K.: Tak. Nie miałam też kremu odpowiedniego do warunków klimatycznych, dlatego przemroziłam sobie twarz. Mimo starań naszego lekarza, Ryśka Lusińskiego, w niektórych miejscach do dziś pozostały czerwone plamy.

D. B.: Co do kwestii psychologicznych, to wcześniej wspomniała Pani o pewnym obciążeniu wynikającym z tego, że była Pani jedyną kobietą na wyprawie.

A. K.: Koledzy szukali ze mną kontaktu, kucharz potrafił specjalnie zaciąć się nożem w palec, żebym opatrzyła mu ranę. Często byłam powierniczką problemów. Mąż i ja mieliśmy osobne pokoje, niełatwo nam było w tej sytuacji. Pamiętam, że raz wyprasowałam mu koszulę w mesie i wtedy niektórzy koledzy obrazili się i wyszli ostentacyjnie, bo jeden został wyróżniony.

D. B.: Nawet jeśli to był mąż.

A. K.: Dzieliliśmy się wieloma rzeczami. Kiedy dostałam od Chilijczyków z sąsiedniej stacji zielone jabłko, podzieliłam je na czternaście części i każdemu z nas przypadł plasterek.

D. B.: A jak radziła sobie Pani z trudnymi sytuacjami?

A. K.: Kiedy nie mogłam już wytrzymać, to siedziałam i pisałam dziennik. Ale najczęściej wychodziłam na zewnątrz i wrzeszczałam. W stacji nie było tego słychać.

D. B.: Zdarzało się, że słyszała Pani od kolegów komplementy?

A. K.: Oczywiście, starałam się jednak nie zapominać, że to nic nadzwyczajnego. Nie byłam najpiękniejsza na świecie, tylko taki odbiór wymusiła pewna specyficzna sytuacja, jaką było przebywanie w izolowanej grupie. Starałam się o tym pamiętać, kiedy mi prawili komplementy. Zimowanie przecież miało swój koniec i każdy z nas wracał do własnej rzeczywistości.

D. B.: Po Pani pierwszej wyprawie wątpliwości dotyczące zimowań kobiet się zmniejszyły, o czym świadczą kolejne nazwiska w ekspedycjach całorocznych w kolejnych latach: Wiesława Jachimiak, Maria Agata Olech, Elżbieta Weinzieher…

A. K.: Po powrocie do kraju usłyszałam, że się sprawdziłam i Stacja Arctowskiego stoi przede mną otworem. Myślę, że to był jasny sygnał, że kobiety mogą bez przeszkód uczestniczyć w zimowaniach.

D. B.: Co by Pani powiedziała kobietom, które myślą o pracy naukowej w regionach polarnych?

A. K.: Trzeba po prostu solidnie pracować. Kiedy byłam zaangażowana w „Solidarność”, mój kolega Krzysztof Jażdżewski, hydrobiolog i polarnik, powiedział: „Słuchaj, musimy po prostu być lepsi niż inni, żeby nikt się nie mógł przyczepić”. I tak bym powiedziała kobietom: „Musicie być naprawdę dobre w tym, co robicie”. Zawsze uważałam, że nie ma różnic w pracy naukowej między kobietą i mężczyzną. I sama też nie chciałam żadnych względów i parytetów. Natomiast prywatnie chciałabym im powiedzieć, żeby nie zapomniały, że rodzina i dom, obok pracy, też są w życiu bardzo ważne.

D. B.: Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie w nagłówku: uczestnicy 10. Polskiej Wyprawy Antarktycznej do Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego (1985-1986). Na zdjęciu Anna Kołakowska i Wiesława Jachimiak (w okularach), fot. archiwum prywatne A. Kołakowskiej

Profesor dr hab. inż. Anna Kołakowska – technolog żywności, biotechnolog, specjalista w zakresie badań lipidów, procesów utleniania i przeciwutleniaczy, właściwości kwasów n-3 PUFA (polienowe kwasy tłuszczowe) zawartych w lipidach rybnych.

W 1965 roku została zatrudniona na etacie asystenta w Katedrze Przemysłu Rybnego na Wydziale Rybackim w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. W 1968 roku wraz z Wydziałem przeniosła się do Szczecina, gdzie w 1973 roku uzyskała stopień doktora nauk przyrodniczych. W 1980 roku uzyskała stopień doktora habilitowanego, w 1981 roku stanowisko docenta, a w 1990 roku tytuł profesora. Od 1983 roku była kierownikiem początkowo Zakładu, a potem Katedry Towaroznawstwa i Oceny Jakości Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego (wcześniejsza nazwa: Akademia Rolnicza). W latach 2002–2008 pracowała także jako profesor w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Turystycznej w Szczecinie, a następnie w latach 2008-2018 wykładała na kierunku dietetyka na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Zakładzie Biochemii i Żywienia Człowieka. W latach 1983–1987 uczestniczyła w dwóch całorocznych wyprawach antarktycznych do Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego. Jest pierwszą kobietą, która zimowała dwukrotnie w warunkach polarnych.

Za swoje badania naukowe została nagrodzona Zachodniopomorskim Noblem w 2002 roku.

Jedna odpowiedź do “„Po powrocie do kraju usłyszałam, że się sprawdziłam” – Anna Kołakowska”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *