„Najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że idziemy we właściwym kierunku” – Agnieszka Latocha-Wites

Z zawodu jest geografką, choć mogła równie dobrze wybrać studia polonistyczne. Uczestniczyła w trzech wyprawach letnich Uniwersytetu Wrocławskiego na Spitsbergen, z których wspomnienia zamknęła później w pięknej książce My Arctic Summer. O tym, dlaczego w życiu warto iść własną drogą i łączyć różne zainteresowania rozmawiamy z dr hab. Agnieszką Latochą-Wites, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, pracującą w Instytucie Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr.

Daga Bożek: Z zawodu jesteś geografem…

Agnieszka Latocha-Wites: Tak, czuję się geografem z krwi i kości – zarówno na płaszczyźnie geografii fizycznej, jak i społeczno-ekonomicznej. Szkoda, że geografia została podzielona na dwie odrębne dyscypliny, ale staram się je łączyć w swojej pracy.

D.B.: A skąd taki wybór kierunku studiów i zainteresowania?

A.L.-W.: Od dziecka bardzo lubiłam być blisko przyrody. Myślę, że to też ogromny wpływ rodziców, którzy już na studiach mieli świetną ekipę wyjazdową. Studiowali w Katowicach, więc Beskidy to był ich drugi dom. Z czasem grupa przyjaciół zaczęła przekształcać się w grupę rodzin z dziećmi i wyjazdy były już w większym gronie. Dlatego od maleńkości przebywałam w górach. Pierwszy raz byłam w Tatrach, kiedy miałam trzy lata. Niewiele z tego pamiętam, bardziej ze slajdów, które potem widziałam, ale myślę, że to były właśnie początki fascynacji górami i również stylem bycia w górach. Bardziej świadomie jeździłam w góry na początku lat 80. To były inne czasy, mniejsza komercjalizacja turystyki. Nocowaliśmy w chatkach studenckich. Z wypraw górskich od dziecka przywoziłam różne kamienie, potem także ze wszystkich innych podróży. Do dziś mam nawet kilka z tych pierwszych wyjazdów. Później plecak wypchany okazami był normą. Moje pierwsze zainteresowania były bardziej geologiczne, czytałam sporo książek popularnonaukowych na ten temat w okresie nastoletnim. Robiłam nawet notatki! Z niektórych książek korzystałam później jako wykładowca na uczelni, bo były to… podręczniki akademickie. W podstawówce brałam udział w konkursach geograficznych, natomiast w liceum nieco odeszłam od zainteresowania geografią. Była w tym duża rola nauczycieli. Uczyłam się w klasie humanistycznej i właśnie stąd bierze się druga odnoga moich zainteresowań (literatura, historia, języki) oraz zamiłowanie do pisania. Siłą rzeczy miałam mniej przedmiotów ścisłych i przyrodniczych. Dlatego pod koniec liceum, kiedy postanowiłam, że pójdę na studia geograficzne, wszyscy byli zaskoczeni. Niektórzy z moich nauczycieli wręcz mnie żałowali, zastanawiali się, co będę robić po takich studiach. Prawo, polonistyka, romanistyka wydawały się bardziej logicznym wyborem. (śmiech)

D.B.: Drodzy państwo, proszę spojrzeć, ile ciekawych rzeczy można robić po studiach geograficznych! (śmiech)

A.L.-W.: Znajomy moich rodziców, który ukończył geografię i później był posłem z naszego województwa, bardzo sobie chwalił ten kierunek, czym ostatecznie ich przekonał, bo z początku też byli bardzo sceptyczni. Ale potem stwierdzili, że przynajmniej będę miała pięć lat interesujących studiów, bo jest dużo wyjazdów terenowych. A potem się zobaczy, bo zazwyczaj po geografii i tak nie pracuje się w zawodzie.

D.B.: A tu wcale nie.

A.L.-W.: Zgadza się, geografia nadal jest ze mną i absolutnie nie żałuję tego wyboru. Zwłaszcza połączenie geografii fizycznej i tej związanej z działalnością człowieka sprawia, że czuję się spełniona w geograficznym zawodzie.

Wyspy Owcze, 2022, archiwum prywatne A.L.-W.

D.B.: Wspomniałaś o Tatrach, ale ze względu na rodzinne strony Sudety też pewnie były i są naturalnym przedmiotem Twoich zainteresowań.

A.L.-W.: Pochodzę z Opola, ale Sudety pojawiły się później. Najpierw były Beskidy. Był to oczywisty kierunek, bo moi rodzice i ich znajomi studiowali na Uniwersytecie Śląskim, a te przyjaźnie i wspólne wyjazdy utrzymały się do dzisiaj. Beskid Śląski i Żywiecki to pasma, w które jeździliśmy najczęściej, bo najbliżej z Katowic – mam do nich ogromny sentyment. Potem pojawiły się Tatry i Góry Świętokrzyskie – moja babcia pochodzi z Kielecczyzny i tam jeździliśmy na wakacje. Sudety na dobre pojawiły się w zasadzie, kiedy przyjechałam do Wrocławia na studia. Choć wcześniej też tam bywałam, ale sporadycznie, np. z rodzicami na wczasach na Ziemi Kłodzkiej, kiedy miałam 12 lat. Może dlatego teraz jest to główny obszar moich badań. (śmiech). Natomiast w trakcie studiów we Wrocławiu zaczęłam robić kurs przewodnika sudeckiego. Siłą rzeczy mieliśmy bardzo dużo zajęć terenowych, często co weekend wyjeżdżałam na szkoleniowe wycieczki. To był początek mojej prawdziwej przygody z Sudetami.

D.B.: Dopytuję się tak o Twoje zainteresowanie górami w poszukiwaniu źródeł fascynacji rejonami polarnymi. Jak właściwie to się u Ciebie zaczęło?

A.L.-W.: Na pewno przyczyniło się do tego zamiłowanie do gór, zwłaszcza Tatr, których surowe krajobrazy i klimat przypominają Arktykę. Od kiedy pamiętam, zawsze fascynowała mnie Północ. Nie tylko ta całkiem odległa, jak Skandynawia, ale również Wyspy Brytyjskie – Szkocja czy Irlandia, która była moją pierwszą pasją. Zresztą pierwszą książkę jej poświęciłam – Irlandia – moje ścieżki. Spitsbergen był dopiero drugi. (śmiech) Myślę, że moja słabość do Północy wynika głównie z otwartego krajobrazu, który zawsze lubiłam bardziej niż miasto. Surowość otwartej przestrzeni mnie pociągała. Interesowały mnie również historie różnych kultur – Wikingów, Celtów. Kiedy byłam dzieckiem, pasjami oglądałam przygody Robin Hooda. Gdybyś zobaczyła moją bibliotekę, to jedną długą półkę zajmuje literatura polarna, a na drugiej podobnej długości stoi literatura krajów celtyckich. Tak więc nie tylko sama przyroda, ale również wątek kulturowy był dla mnie ważny. Polarne zainteresowania na serio pojawiły się, kiedy poszłam na studia, ponieważ ośrodek wrocławski ma bardzo długie tradycje polarne [Stacja Polarna im. Stanisława Baranowskiego, tzw. „Baranówka” lub „Werenhus”, przyp. D.B.]. Wielu moich wykładowców było na Spitsbergenie i prowadziło tam badana, stąd często nawiązywali do tego miejsca podczas zajęć. To działało na wyobraźnię. Lata moich studiów przypadły akurat na okres, kiedy Uniwersytet Wrocławski przestał organizować wyprawy na Spitsbergen, więc te wszystkie opowieści sprawiały wrażenie baśniowych, z odleglej przeszłości.

D.B.: Żeby uściślić, to były lata 90. i początek lat 2000.

A.L.-W.: Właśnie. Ja przyszłam na studia w 1995 roku.

D.B.: Idealnie trafiłaś.

A.L.-W.: Z początku nie, ale wyprawa z 2003 roku to była ta pierwsza po dłuższej przerwie. Ja pojechałam w 2004 roku. Ogromnie się z tego cieszę. Jestem związana z Zakładem Geomorfologii, w którym tradycje polarne były (i są) bardzo silne, w związku z czym moi starsi koledzy, m.in. Jan Klementowski, z którym siedziałam wtedy w jednym pokoju, doskonale wprowadzili nas, świeżaków, w ten polarny świat. To było bardzo ważne, że na pierwszej wyprawie byliśmy z kimś doświadczonym, z kimś, kto znał teren, Baranówkę.

D.B.: W jakim momencie życia zawodowego byłaś w 2004 roku?

A.L.-W.: Tuż przed obroną doktoratu.

D.B.: I Cię puścili na Spitsbergen? (śmiech)

A.L.-W.: Tak! (śmiech) Potraktowałam to jako nagrodę. Praca była już oddana, przez wakacje czekałam na termin obrony. To był idealny moment na wyjazd i zapomnienie o stresach związanych z pisaniem doktoratu. Pracę oddałam do recenzji w maju-czerwcu, a w listopadzie miałam obronę. To był więc świetny czas na wejście w inny świat, tematykę, zamknęłam pewien etap naukowy, można było spróbować czegoś zupełnie innego. Bardzo chłonęłam tę nową rzeczywistość.

Sudety, 2021, archiwum prywatne A.L.-W.

D.B.: Czy wytypowano Cię do udziału w pierwszej wyprawie czy brałaś udział w rekrutacji?

A.L.-W.: Już nie pamiętam. (śmiech) Ale nie przypominam sobie, żeby była ogłaszana jakaś rekrutacja. W pewnym sensie to była taka naturalna konsekwencja – byłam geomorfologiem, a każdy z naszego Zakładu choć raz wyjeżdżał na Północ. Zapoczątkował to prof. Alfred Jahn, wybitny geomorfolog i polarnik z naszego uniwersytetu. W tamtym okresie nie było tłumu chętnych na taki wyjazd. Biorąc pod uwagę, że wyprawy zaczęto organizować po długiej przerwie, praktycznie każdy, kto się zgłosił, mógł pojechać.

D.B.: Z tego, co zaobserwowałam, to praktycznie od początku wypraw wrocławskich na Spitsbergen, czyli od lat 70., kobiety również uczestniczyły w tych wyjazdach. Odnosząc się do tego, co mówisz o liczbie chętnych i zebranych danych wynika, że każdy miał prawo pojechać i nie zastanawiano się, jak w przypadku niektórych ośrodków, czy kobiety mogą brać udział w ekspedycjach.

A.L.-W.: Tak, zdecydowanie. Byłam jednym z młodszych uczestników wyprawy i kobietą, ale w ogóle nie odczułam, że to może być jakikolwiek problem. Miałam bardzo dobre relacje z moimi kolegami w Zakładzie Geomorfologii, więc dlaczego by miało być inaczej na wyjeździe. Miałam własny program badawczy, mogłam go realizować. Z tego, co wiem kolejne wyprawy, w których brali udział również studenci, działały na podobnej zasadzie – dziewczyny zawsze miały możliwość spróbowania polarnej przygody.

D.B. Czym zajmowałaś się podczas swoich trzech wypraw na Spitsbergen?

A.L.-W.: Były dwa wątki badawcze. Pierwszy dotyczył rozwoju wybrzeży. Wcześniej były tam prowadzone badania wyniesionych teras morskich i moja praca nawiązywała do nich. Moi koledzy się śmiali, że liczyłam kamyki. I tak to wyglądało! (śmiech) W różnych miejscach wspomnianych teras miałam swoje poletka badawcze i dosłownie liczyłam znajdujące się w ich obrębie „kamyki”. Chodziło o proporcję otoczaków, które wcześniej były poddane procesom falowania na istniejącej tu w odległej przeszłości plaży, do ilości skalnego gruzu ostrokrawędzistego, który jest efektem późniejszego, również współczesnego, niszczenia dawnych klifów morskich. Na tej podstawie można było określić tempo wietrzenia i rozwoju tych nieaktywnych już klifów i teras morskich. Natomiast drugi wątek badawczy dotyczył rozwoju stoków, w szczególności spływów gruzowo-błotnych, a więc chodziło o współczesną dynamikę procesów stokowych, na ile formy spływów są aktywne, a na ile fosylne, jakie współczesne procesy kształtują arktyczne stoki. Oczywiście badań terenowych nie przeprowadzałam sama, pracowaliśmy w zespole. Jedna osoba ze strzelbą musiała się rozglądać za niedźwiedziem, żeby druga mogła spokojnie liczyć otoczaki. (śmiech)

D.B.: Jaki był naukowy wynik Twoich trzech wypraw na Spitsbergen?

A.L.-W.: Były publikacje i wystąpienia na konferencjach. Mało tego, niedawno wróciłam do zebranych wtedy razem z kolegą geomorfologiem danych, których wcześniej jeszcze nie opublikowaliśmy. Zeszłoroczne obchody 50-lecia stacji polarnej naszego Uniwersytetu i przygotowana z tej okazji jubileuszowa publikacja były dobrą okazją ku temu, aby wrócić do opracowania wyników naszych polarnych badań.

D.B. W takim razie wybrałyśmy też idealny czas na naszą rozmowę wokół polarnych tematów. (śmiech)

A.L.-W.: Zgadza się. (śmiech) Dodam jeszcze, że publikacje polarne mogłam również wykazać w moim dorobku naukowym niezbędnym w procesie starania się o habilitację, choć sama rozprawa nie dotyczyła badań prowadzonych na Spitsbergenie.

D.B.: Wiem, że o pobycie w Arktyce można rozmawiać godzinami, ale zaryzykuję tylko jedno pytanie – co dał Ci tamten czas, kiedy wyjeżdżałaś na wyprawy?

A.L.-W.: Tyle wątków, masz rację… Pierwszy wyjazd to było coś niesamowitego. Sama świadomość bycia w Arktyce, na stacji badawczej – to było niewyobrażalne. Wcześniej mogłam tylko o tych miejscach przeczytać czy posłuchać od starszych kolegów – wykładowców. Kolejna kwestia to zachwyt przyrodą, surowością krajobrazu, otwartością przestrzeni. Choć oczywiście trudno niektórym wyjaśnić, co pięknego może być np. w błotnistym przedpolu lodowca Werenskiolda. (śmiech) Do tego bogactwo życia roślinnego, zwierzęcego, możliwość zobaczenia na żywo niedźwiedzia polarnego. Przed pierwszą wyprawą byłam nawet kilka razy na strzelnicy, żeby nauczyć się posługiwać bronią, co także było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Bycie zależnym od przyrody, zupełne podporządkowanie się jej rytmowi i kaprysom to też jeden z aspektów, który odkryłam podczas pobytu na Svalbardzie. W swojej książce opisywałam na przykład, jak silny jest wiatr w tamtych obszarach – siedzieliśmy w drewnianej chatce, jaką jest Baranówka, i myśleliśmy, że zaraz zostaniemy porwani przez ten żywioł – naczynia już zaczęły spadać z półek. Takie doświadczenia uczą człowieka pokory wobec przyrody. Trzeci temat to relacje z ludźmi. Ze wszystkich trzech pobytów mam bardzo pozytywne wspomnienia pod tym względem. Wiem, że niektórzy mają inne doświadczenia i niekoniecznie by się zgodzili z takim twierdzeniem, ale ja bardzo dobrze wspominam większość spotkań na Spitsbergenie, miałam poczucie bycia członkiem jednej wielkiej polarnej rodziny. Teraz, kiedy odeszłam od tego obszaru zainteresowań badawczych, trochę mi tego brakuje. Ale część znajomości zawartych na dalekiej Północy nadal trwa. Surowość warunków życia ułatwia nawiązanie trwałych relacji z innymi – musimy trzymać się razem, pomagać sobie nawzajem, aby móc tam funkcjonować.

D.B.: Chciałam Cię też zapytać o literackie podsumowanie Twoich pobytów na Spitsbergenie, a dokładniej o książkę My Arctic Summer. Jeśli się nie mylę, to pierwsza tego typu książka traktująca o polskich wyprawach napisana przez kobietę. Jakie były okoliczności jej powstania?

A.L.-W.: Książka narodziła się w dużym stopniu z moich pamiętników, które prowadziłam podczas trzech wypraw, oprócz skrupulatnego wykonywania notatek naukowych. Bycie tam było dla mnie tak wyjątkowym przeżyciem, że miałam silną potrzebę spisania tego. Oczywiście oprócz samego faktu, że lubię pisać. Wyszło tego kilka „tomów” notatek. Kiedy dojrzała we mnie myśl, aby napisać książkę, w dużej mierze posiłkowałam się tymi zapiskami, które sporządzałam pod wpływem chwili. Stąd ta publikacja jest bardzo emocjonalna, co, jak dowiedziałam się wiele lat później po ukończeniu Polskiej Szkoły Reportażu, jest bardzo niewłaściwym podejściem do literatury faktu…. Choć w opinii niektórych czytelników to właśnie te emocje stanowią jej atut. Starałam się jednocześnie, żeby w książce był jak największy ładunek naukowy – na potrzeby jej napisania przeczytałam wszystkie opublikowane wcześniej w Polsce książki o Arktyce i wyprawach polarnych. Starałam się stworzyć bogatą warstwę faktograficzną, aby przekazać czytelnikowi jak najwięcej informacji o tym miejscu. Stąd opisy środowiska przyrodniczego, historii Spitsbergenu czy stacji badawczych, ale także kształtowania się relacji międzyludzkich w tym specyficznym otoczeniu. Masz rację mówiąc, że to pierwsza taka książka pisana przez kobietę i dlatego żal mi, że nie ukazała się po polsku.

D.B.: O to właśnie chciałam Cię zapytać. Dlaczego?

A.L.-W.: Wysłałam tekst do kilku wydawnictw. Te, które mi odpisały, wręcz jednogłośnie stwierdziły, że „dobrze się czyta, ale się nie sprzeda”. Może wtedy nie było takiej mody jak teraz na literaturę o tematyce polarnej, a może faktycznie nie jest dobra. (śmiech) Książka ukazała się po angielsku w 2013 roku, ale była pisana w 2009. Zaprzyjaźnionym polarnikom tekst się podobał, podkreślali, że świeże spojrzenie osoby, która po raz pierwszy była na Spitsbergenie, jest wartościowe. Mam nadzieję, że to było szczere. (śmiech) Podobnie było ze szkockim wydawcą, do którego dostałam kontakt od kolegi w sprawie ewentualnej publikacji. Poprosił o przesłanie jednego rozdziału i ogólnego zarysu książki i na tej podstawie podjął decyzję o wydaniu. Było to dla mnie szokujące, zwłaszcza że miałam porównanie do kontaktów z polskimi wydawcami. Bardzo się ucieszyłam, ale nadal jest mi szkoda, że tej książki nie ma po polsku. Umowa wydawnicza, jaką podpisałam, pozostawia mi zupełną swobodę w kwestii polskiego wydania. Co prawda, po latach tekst po polsku wymagałby na pewno redakcji i zmian (choćby ze względu na wiedzę o technice pisania uzyskaną w Polskiej Szkole Reportażu…), ale myślę, że to nie stanowiłoby żadnej przeszkody.

Sudety, 2020, archiwum prywatne A.L.-W.

D.B.: Bardzo kibicuję temu pomysłowi! A jaki był odbiór tej książki w języku angielskim?

A.L.-W.: Recenzje, które potem wydawnictwo mi przysyłało, były pozytywne. Podkreślano w nich, że opisy w książce są bardzo plastyczne, a atutem są również kolorowe zdjęcia. Natomiast później kontakt z wydawnictwem urwał się, więc trudno mi powiedzieć, jak ta książka się sprzedaje. (śmiech)

D.B.: To jest publikacja, która można powiedzieć ominęła polskie środowisko polarne. Nie jest powszechnie znana, więc zróbmy jej reklamę. (śmiech)

A.L.-W.: Dziękuję! Można ją kupić przez internet m.in. na stronie wydawcy. [LINK, przyp. D.B.]

D.B.: Zbliżając się do końca naszej rozmowy, chciałam Cię jeszcze zapytać o zmianę Twojej ścieżki zawodowej, która odbiegła od rejonów polarnych.

A.L.-W.: Są chwile, kiedy jest mi szkoda porzucenia tematyki polarnej. Ale z drugiej strony wiem, ile czasu pochłonęło mi zbieranie materiałów do książki o wyludnionych wsiach w Sudetach, nad którą pracuję od wielu lat, i to powoduje, że nie żałuję tej decyzji. Sama geografia fizyczna w pewnym momencie przestała mi wystarczać, zabrakło mi w niej człowieka, historii, opowieści. Bardzo się odnalazłam w sudeckim temacie opuszczonych wsi, zmian krajobrazu oraz losu dawnych i nowych mieszkańców tych terenów. Choć gdyby udało się tematykę humanistyczną i geomorfologii jakoś powiązać również dla badań polarnych, na pewno by mnie to cieszyło.

D.B.: Trzymam kciuki, zwłaszcza że w kontekście badań rejonów polarnych pojawia się coraz więcej działań interdyscyplinarnych, w których łączy się ścisłe i humanistyczne czy też artystyczne dziedziny wiedzy. Mam jeszcze jedno, nieco przewrotne pytanie – czy spotkałaś się kiedyś z opinią, że po swoich studiach „nie będziesz miała czego robić”? Ja się spotkałam z taką postawą. Tymczasem myślę, że obie nie mamy co narzekać na to, jak ułożyło się nasze życie zawodowe. (śmiech) Jak się nie poddać myśleniu, opiniom innych, że „nie warto”?

A.L.-W.: Na pewno trzeba być trochę upartym. (śmiech) Jak masz swoją wizję, to po prostu ją realizujesz. Kiedy w liceum słyszałam, że powinnam iść na polonistykę, bo ładnie piszę, a jeśli tego nie zrobię, to zmarnuję talent, ja wiedziałam swoje. Na szczęście miałam wsparcie w rodzicach, którzy dość szybko zaakceptowali moje wybory. Dali mi dużo wolności, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Dziadkowi, który był pisarzem, początkowo było trochę przykro, że nie wybrałam studiów filologicznych, ale potem docenił, że moje zainteresowania literackie realizuję, mimo zupełnie innego wykształcenia. W wyborach życiowych najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że idziemy we właściwym kierunku.

D.B.: Dziękuję za rozmowę!

Zdjęcie w nagłówku: Wyspy Owcze, archiwum prywatne A.L.-W.


Dr hab. Agnieszka Latocha-Wites jest geografem, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Kieruje Pracownią Badań Krajobrazu w Instytucie Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr. Początkowo praca naukowa dotyczyła zagadnień rozwoju rzeźby terenu na terenach górskich oraz w obszarach polarnych (udział w trzech wyprawach Uniwersytetu Wrocławskiego na Spitsbergen). W ostatnich latach główne zainteresowania badawcze koncentrują się na zagadnieniach przemian krajobrazu kulturowego na Dolnym Śląsku, w szczególności na terenie Sudetów. Badania te łączą wątki geografii fizycznej i geografii człowieka. Ważnymi tematami badawczymi są również: problematyka wyludnionych wsi na terenach górskich, aktualne przemiany obszarów wiejskich, w tym rozpoznanie zjawiska „odradzania się” wsi, współczesna percepcja przedwojennego dziedzictwa kulturowego i sposoby jego zagospodarowania oraz trwałość zmian środowiska i krajobrazu pod wpływem antropopresji. Autorka licznych publikacji naukowych, popularnonaukowych oraz kilku książek, w tym również o charakterze podróżniczym (Irlandia – moje ścieżki; My Arctic Summer).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *