„Być tam to ogromny przywilej” – Joanna Plenzler

Od dziecka marzyła, żeby pracować w stacji polarnej. Zaczytywała się w książkach o rejonach polarnych i przygodach polarników, rysowała pingwiny, góry lodowe i ludzi, którym udało się dotrzeć w najzimniejsze regiony Ziemi. Zawsze lubiła, kiedy było zimniej niż cieplej. Ukończyła geografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, obroniła doktorat z hydrologii. Po drodze były staż w Norweskim Instytucie Polarnym w Tromsø, tysiące wybieganych kilometrów, morsowanie, jazda na rowerze zimą i rejs na Svalbard. Dr Joanna Plenzler, z zawodu geograf, ma także za sobą dwie wyprawy całoroczne – w jednej z nich uczestniczyła jako kierownik – do Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego.

Daga Bożek: Asia, ile miałaś lat, kiedy rysowałaś pingwiny i wyprawę Roalda Amundsena na biegun południowy?

Joanna Plenzler: Na rysunku jest data – 1998 rok, czyli 14. Jako dziecko bardzo lubiłam rysować, a w tamtym czasie zafascynowały mnie książki Aliny i Czesława Centkiewiczów. Rysunek, który masz na myśli, stworzyłam na podstawie fotografii zamieszczonej w jednej z nich. Później wisiał na ścianie w moim pokoju do momentu, kiedy wyjechałam na studia. To chyba było tak, że skoro chciałam mieć „plakat” ze swoimi bohaterami, to musiałam go sobie narysować, bo takich rzeczy nie znajdywało się w czasopismach dla nastolatków. Kiedy poszłam do liceum, przestałam rysować. Wróciłam do tego po bardzo długiej przerwie – podczas zimowania na 40 wyprawie do Stacji Arctowskiego.

Zdjęcie rysunku autorstwa Joanny Plenzler

D.B.: A teraz nadal rysujesz polarne motywy?

J.P.: Zdarza się, na przykład góry lodowe. Ale częściej rysuję ptaki, również te występujące w regionach polarnych. Wróciłam do rysowania, bo przypominało mi się, jak bardzo to lubię i dlatego że zafascynowały mnie rysunki w starych publikacjach naukowych – przed nastaniem fotografii umiejętność rysowania była przyrodnikom niezbędna, żeby stworzyć dobrą dokumentację naukową. Przy okazji powstawały piękne rysunki zwierząt, roślin, krajobrazów. Przede mną jeszcze daleka droga, bo na razie to bardzo nieregularne hobby.

D.B.: Pamiętasz pierwszą książkę o tematyce polarnej, którą przeczytałaś?

J.P.: To były książki Jamesa Oliviera Curwooda o północnej Kanadzie, pierwsza – Włóczęgi północy. Kiedy Marek Kamiński i Wojtek Moskal zdobyli biegun północny, w prasie dużo pisano na temat wypraw polarnych. Pamiętam bardzo dobrze, że wtedy w „Wiedzy i Życiu” przeczytałam artykuł o historii zdobycia bieguna południowego – o Erneście Shackletonie, który zawrócił sto kilometrów przed biegunem, o rywalizacji Roberta Falcona Scotta i Roalda Amundsena. Zaciekawiło mnie to i sięgnęłam po książki Centkiewiczów. Pamiętam szczególnie ich książkę Okrutny biegun, która przedstawia historię zdobycia bieguna północnego i eksplorację Arktyki. To była pierwsza książka tych pisarzy, którą przeczytałam. Akurat były wakacje 1998 roku – spędziłam je w ogrodzie, przesiadując na jabłonce, czytając polarne opowieści. (śmiech) To była moja baza wiedzy – zapamiętałam każdą historię, którą potem rozbudowywałam wraz z kolejnymi lekturami. Przez książkę Człowiek, o którego upomniało się morze zarwałam noc, co rzadko robię, bo jestem śpiochem, a wtedy lektura tak mnie pochłonęła, że spałam zaledwie godzinę i zmęczona poszłam do szkoły.

D.B.: Wspominałaś, że marzyłaś od dziecka o wzięciu udziału w wyprawie polarnej. Swoje wyobrażenia o nich budowałaś na podstawie przeczytanych książek. Czy to było wystarczające?

J.P.: Odkąd pamiętam, kochałam przyrodę i kiedy nauczyłam się czytać, najchętniej sięgałam po książki, których głównymi bohaterami były zwierzęta. Pamiętam pierwszą prawdziwą książkę podróżniczą, jaką przeczytałam – Myszołów – kot wspaniały Andrzeja Urbańczyka. Po jej przeczytaniu zamarzyłam oczywiście o tym, żeby żeglować. To marzenie dość szybko się spełniło, bo wujek wziął nas na żaglówkę na jezioro Dąbie. Czytałam książki o różnych częściach świata, ale po przeczytaniu pierwszych polarnych lektur, ten świat przyciągnął moją uwagę w szczególny sposób i zdominował moje zainteresowania. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Czytałam kolejne książki, oglądałam też programy w telewizji, a gdy upowszechnił się Internet, również stamtąd czerpałam wiedzę. Przez to, mimo że Arktyka i Antarktyka były odległe, stały mi się bardzo bliskie. Nie oczekiwałam wtedy, że pojadę tam od razu, to było raczej marzenie: „kiedyś będę naukowcem i będę pracować w rejonach polarnych”. Kiedy ma się 14 lat, to przyszłość, nawet taka za rok, wydaje się mocno abstrakcyjna.

W czasie monitoringu morskiego przed lodowcem Lange, październik 2020, fot. S. Kucięba

D.B.: Książek w Twoim domu rodzinnym nie brakowało.

J.P.: Nie. Mieliśmy bardzo dużo różnych książek, powieści, encyklopedii, książek popularno-naukowych. A do tego, jeśli coś mnie ciekawiło, zawsze mogłam zapytać rodziców lub babcię. Ciekawość świata wyniosłam z domu. Uwielbiam też oglądać mapy – czytając książki podróżnicze i przygodowe, zawsze szukałam opisywanych miejsc na mapie. Wydaje mi się że pierwszy raz dowiedziałam się, że Polska ma stacje na Spitsbergenie i na Wyspie Króla Jerzego, kiedy znalazłam je na mapie.

D.B.: Stopniowe zdobywanie wiedzy o Arktyce i Antarktyce przybliżało Cię do nich.

J.P.: Tak. Co więcej – uważam, że to bardzo ważne, że nikt mi nigdy nie powiedział, że moje marzenia są nierealne, bo nie pojadę w te miejsca. Rodzice uczyli mnie i moje rodzeństwo, że w życiu warto robić to, co się lubi. Chciałam zostać geografem i mnie w tym wspierali.

D.B.: Na jakim byłaś etapie w życiu, kiedy składałaś aplikację na 40. Polską Wyprawę Antarktyczną, na którą udało Ci się zakwalifikować?

J.P.: To będzie długa historia…

D.B.: Opowiadaj.

J.P.: Kiedy czytałam wspomniane książki, od samego początku bardziej fascynowała mnie Arktyka. Gdzieś przeczytałam, że pierwszym etapem, żeby dostać się w regiony polarne, jest Spitsbergen. Dlatego postanowiłam aplikować do Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Próba składania projektu naukowego związanego z regionami polarnymi wydawała mi się wtedy poza zasięgiem, nie umiałam się tego podjąć. Stwierdziłam, że mam kompetencje, żeby starać się o stanowisko meteorologa na wyprawie całorocznej. Po powrocie ze stażu w Tromsø postanowiłam, że będę kontynuować doktorat (przed wyjazdem, z różnych względów, miałam sporo wątpliwości w tej kwestii). Pod koniec 2012 roku ustaliłyśmy z moją promotor, że wystarczy mi rok, żeby złożyć pracę. Była więc szansa, że nie będzie to kolidować z wyjazdem na wyprawę w 2014 roku, jeśli uda mi się na nią zakwalifikować. Rok później nastąpił trudny moment. Miałam pracę w dużej mierze napisaną, złożyłam aplikację na wyprawę, ale kilka tygodni później u mojej mamy zdiagnozowano raka. W tej sytuacji wolałam, żeby nikt mi nie odpisał na moje zgłoszenie, żebym nie musiała podejmować decyzji, czy pojadę na wyprawę, czy też nie. Lekarze nie ukrywali, że stan mamy jest ciężki, więc nie miałam złudzeń – wyjazd nie wchodził w grę. Mama zmarła rok od diagnozy. Tamten czas spędziłam przeważnie w domu, starałam się dokończyć doktorat. Mimo tej smutnej historii, pamiętam, że z mamą dużo rozmawiałyśmy o moich planach, a ona powtarzała, że pojadę na Spitsbergen. Mama zmarła w 2014 roku kilka tygodni przed moją obroną doktoratu. Kolejną aplikację na Spitsbergen wysłałam dzień przed obroną. W dokumentach napisałam, że temat doktoratu jest zamknięty i myślę, że to było ważne. Kiedy wysyłałam aplikację rok wcześniej, podałam informację, że sprawa jest w toku.

D.B.: Mogło to wtedy trochę zniechęcić osoby rekrutujące uczestników wyprawy.

J.P.: Myślę, że tak. Zaproszono mnie na przemiłą rozmowę kwalifikacyjną. Po dwóch tygodniach oczekiwania dowiedziałam się, że mnie wybrano. Skakałam z radości. Jednak podczas badań medycznych okazało się, że moja wada wzroku jest przeszkodą – nie wydadzą mi pozwolenia na broń, a to kluczowe ze względu na niedźwiedzie polarne na Svalbardzie i konieczne w przypadku osób zatrudnionych na stanowisku meteorologa na wyprawie. Wada wzroku mnie nie zaskoczyła, bo przecież o niej wiedziałam, ale to, że nie dało się inaczej tej sprawy rozwiązać. Dwa tygodnie upłynęły mi na konsultacjach z lekarzami, załatwianiu dokumentów, próbach obejścia problemu. Sporo osób mi w tym pomagało, w tym kierownik wyprawy, na którą miałam jechać. Niestety nie udało się, a ja musiałam pogodzić się z tym, że moje marzenie, które już miałam prawie zrealizowane, się nie spełni.

D.B.: Czy straciłaś wtedy nadzieję, że kiedykolwiek uda Ci się pojechać w regiony polarne?

J.P.: Nie. Byłam przybita, ale przecież z tych wszystkich przeczytanych historii nauczyłam się, że wytrwałość i cierpliwość są bardzo ważne w czasie wypraw polarnych. Poza tym wsparcie, jakie otrzymałam, dodało mi otuchy i motywacji do wypróbowania innych dróg. Pamiętam, że mimo chwilowego załamania, usiadłam i spisałam wszystkie rzeczy, których nauczyła mnie ta cała sytuacja – na przykład konieczność rozmawiania przez telefon z obcymi ludźmi, co zawsze stanowiło dla mnie problem – i potraktowałam to wszystko jako kolejny etap przygotowań do przyszłej wyprawy.

D.B.: Co było później?

J.P.: Kiedy trwało to całe zamieszanie z moim udziałem w wyprawie, pojawiła się możliwość uczestnictwa w rejsie pod żaglami na Svalbard.

D.B.: Czyli pojawiła się szansa na dotarcie do Arktyki inną drogą.

J.P.: Z początku byłam niepocieszona – miałam pojechać na rok, a tu raptem popłynę na miesiąc. Ale wysłałam zgłoszenie, bo był to większy projekt połączony z działaniami edukacyjnymi, a do tego szansa na zdobycie doświadczenia żeglarskiego na morzu. Udało mi się zakwalifikować na najdłuższy etap wyprawy „Narvik 2015” na trasie Narvik-Svalbard-Bergen. Zaangażowałam się w przygotowanie rejsu, a z tyłu głowy pojawiła się myśl, żeby aplikować na Stację Arctowskiego. Z drugiej strony to Arktyka miała być tym wymarzonym kierunkiem, nie Antarktyka, więc biłam się z myślami. Wysłałam jednak zgłoszenie, żeby dać sobie szansę. Dzień przed wypłynięciem jachtu ze Szczecina na Svalbard dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Wtedy poczułam się pocieszona, że coś się dzieje w temacie, a rejs na Svalbard okazał się jedną z piękniejszych rzeczy, jakich doświadczyłam w życiu.

Wykonywanie pomiaru natężenia przepływu strumienia wypływającego spod lodowca, listopad 2020, fot. S. Kucięba

D.B.: Zanim przejdziemy do dalszego ciągu historii, chciałabym zapytać o profesor Joannę Pociask-Karteczkę, promotorkę Twojego doktoratu. Czy fakt, że uczestniczyła w latach 80. w wyprawach na Spitsbergen również działał na Ciebie inspirująco w Twoich polarnych marzeniach?

J.P.: Nie. Teraz sama się dziwię, że nie rozmawiałyśmy o Spitsbergenie, ale wynikało to wtedy chyba z mojej nieśmiałości. Pamiętam krąg wieloryba u niej w gabinecie, o który mogłam zapytać, ale tego nie zrobiłam. Za to teraz rozmawiamy o regionach polarnych i nie tylko.

D.B.: Wracając do rozmowy kwalifikacyjnej – z jakim nastawieniem na nią szłaś?

J.P.: Pozytywnym – pamiętałam sympatyczną rozmowę dotyczącą wyjazdu na Spitsbergen. I muszę Ci się przyznać, że tamto spotkanie było tak pozytywne, że później pojawiła mi się w głowie taka myśl, zupełnie nie wiadomo skąd, bo takich ambicji nie miałam: „a co by było, gdybym ja kiedyś została kierownikiem takiej wyprawy”?.

D.B.: I stało się, choć z pewnym opóźnieniem. (śmiech)

J.P.: Ta rozmowa również była w przyjaznej atmosferze. Wyszłam z niej z przekonaniem, że wszystko będzie dobrze. (śmiech) Dlatego telefon od kierownika przyszłej wyprawy, że zostałam zakwalifikowana na stanowisko obserwatora morskiego i hydrologicznego, specjalnie mnie nie zdziwił. Nie bałam się, bo już samo zaproszenie na rozmowę bardzo mnie satysfakcjonowało.

D.B.: Czy teraz możesz powiedzieć, że Twoje polarne marzenia zostały spełnione? Pamiętam, jak podczas jednej z naszych rozmów, kiedy byłaś po raz trzeci na Stacji Arctowskiego, powiedziałaś, że jesteś w tym miejscu, w którym miałaś być.

J.P.: Pamiętam, że bardzo szybko się zaaklimatyzowałam, a w przypadku wcześniejszych przeprowadzek zabierało mi to zazwyczaj więcej czasu. Stacja to takie miejsce, gdzie pojawiasz się i od razu bierzesz się do roboty. Takich momentów, w których czułam radość z tego, gdzie jestem i co robię, było mnóstwo. Podczas rejsu na statku „Polar Pionier” z Gdyni do Antarktyki większość czasu spędziłam na patrzeniu się na morze i cieszeniu się z tego, że „to się naprawdę dzieje!”. Cieszyłam się też, że podróż jest taka długa, bo można naprawdę poczuć, że płyniemy „na koniec świata”. Nie zapomnę widoku gór lodowych i paku lodowego, kiedy wpływaliśmy na antarktyczne wody.

D.B.: Ja też…

J.P.: Radość z bycia tam odczuwałam każdego dnia.

D.B.: Pamiętam, że bardzo przeżywałam powrót z Antarktyki. Czułam, że opuszczam miejsce, do którego mogę już nigdy nie wrócić. A jak było u Ciebie?

J.P.: Ja byłam w bardziej komfortowej sytuacji – pod koniec naszego zimowania otrzymałam propozycję pracy w IBB PAN, więc miałam nadzieję, że jeszcze wrócę do Stacji Arctowskiego. Z natury jestem długodystansowcem, więc pierwsze zimowanie odbierałam raczej jako wstęp do polarnej przygody.

Kierownik wyprawy na stanowisku pracy;), czerwiec 2020, fot. T. Kurczaba

D.B.: Po powrocie do Polski rozpoczęłaś pracę w Zakładzie Biologii Antarktyki IBB PAN i latem 2017/2018 wróciłaś na Wyspę Króla Jerzego. W zupełnie innej roli – jako reprezentant pracodawcy.

J.P.: Na pewno zrozumiałam powiedzenie: „za pierwszym razem jedziesz dla przygody, za drugim do pracy”. Bardzo mnie cieszył ten wyjazd, ale jednak był bardziej stresujący ze względu na obowiązki zawodowe. Było to jednak bardzo ciekawe doświadczenie – spojrzeć na życie w stacji nie tylko z perspektywy zimownika, ale również letnika. Uczucia pozostały te same – kiedy dotarłam do stacji i poczułam zapach z pingwiniska, prawie się rozpłakałam ze wzruszenia. Podobnie było przy wejściu po długiej przerwie do pomieszczeń bazy, które pamiętałam z poprzedniego pobytu – laboratorium, magazynu z żywnością. Zapachy przywoływały wspomnienia; każde miejsce pachniało inaczej, po dłuższym pobycie przestaje się to zauważać. A, i też wzruszał mnie zapach z chłodni na statku, co jest bardzo śmieszne, bo w końcu jak się może podobać woń rozmokłych kartonów i zleżałych warzyw? (śmiech)

D.B.: Na mnie podobnie działał smród spali z silnika zaburtowego na łodzi. (śmiech) A wracając do pracy na stacji – z pewnością te dwa różne wyjazdy dały Ci szerszą perspektywę.

J.P.: Oczywiście. Bardziej rozumiałam niektóre procesy organizacyjne czy logistyczne, na które narzekałam jako uczestnik wyprawy, bo nie miałam o nich pojęcia.

D.B.: Czy miałaś w sobie myśl, żeby pojechać na kolejne zimowanie?

J.P.: Pierwszy pobyt tak mi się podobał, że chciałam pojechać na następną wyprawę. Czułam, że nadejdzie na to odpowiedni moment, aby połączyć to z życiem prywatnym i zawodowym.

D.B.: Czy moment, kiedy dostałaś w 2019 roku propozycję zostania kierownikiem 44 Wyprawy Antarktycznej, to był ten odpowiedni, czy raczej grom z jasnego nieba? W końcu parę lat wcześniej przemknęło Ci przez myśl, że możesz kiedyś pełnić taką funkcję.

J.P.: Wiedziałam, że to niełatwe zadanie. Praca w IBB PAN też mi to uświadomiła. Mało jest też kandydatów na to stanowisko, więc miałam z tyłu głowy, że ze względu na posiadane doświadczenie mogę otrzymać propozycję takiej pracy. Myślałam o tym trochę, bo ciekawiło mnie to jako wyzwanie, ale wniosek był taki, że nie jest mi to do szczęścia potrzebne.

D.B.: Czyli z własnej woli nie złożyłabyś aplikacji na stanowisko kierownika wyprawy polarnej?

J.P.: Na pewno nie.

D.B.: Tymczasem propozycja pojawiła się sama i miałaś dość mało czasu na jej podjęcie. Naszym Czytelnikom tylko uzupełnimy, że był to sierpień 2019 roku, kiedy ja z przyczyn osobistych podjęłam decyzję o rezygnacji z funkcji kierownika 44. Polskiej Wyprawy Antarktycznej i trzeba było jak najszybciej znaleźć następcę, ponieważ wyjazd na Wyspę Króla Jerzego miał się odbyć w listopadzie.

J.P.: Decyzję podjęłam bardzo szybko. Wyszło na to, że to był ten właściwy moment w moim życiu. W listopadzie poprzedniego roku zmarł mój tata. To wydarzyło się nagle, zupełnie nie miałam szans się na to przygotować, jak to było w przypadku mojej mamy, która wcześniej chorowała. Akceptuję śmierć jako naturalną kolej rzeczy, nie miałam w związku z tym żalu do losu. Cieszę się, że miałam najlepszych rodziców na świecie. Oczywiście nie zmieniło to faktu, że bardzo przeżyłam tę stratę. Musiało minąć trochę czasu, a ja włożyłam dużo wysiłku w to, żeby się pozbierać. W lipcu poczułam, że znów jest normalnie i pojawiła się myśl, że może już czas coś zmienić w życiu.

D.B.: Przywołałaś to, co wydarzyło się później.

J.P.: Może tak. Pamiętam, że kiedy mi powiedziałaś, że rezygnujesz z wyjazdu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że dostanę propozycję objęcia stanowiska kierownika. Zaczęłam myśleć rutynowo – pewnie zorganizują dodatkową rekrutację, trzeba będzie przeszkolić tę osobę, przekazać jej materiały dotyczące monitoringu środowiska etc. Kiedy usłyszałam, że mam przyjść na spotkanie do działu logistyki, coś mnie tknęło. Nie myliłam się, bo zaproponowano mi objęcie kierownictwa nad wyprawą. Moja pierwsza odpowiedź była kategorycznie odmowna, ale po chwili rozmowy pojawiła się myśl „tak” i już nie umiałam jej odpędzić.

D.B.: Myślałaś o tym wcześniej, więc ta cała sytuacja nie była aż takim zaskoczeniem.

J.P.: To, że miałam już sprawę trochę poukładaną w głowie oraz to, że wiedziałam, że chcę spędzić kolejny rok w Antarktyce ułatwiło mi podjęcie decyzji. I wyszło, że fakt, że decyzję musiałam podjąć szybko, był dobry. Miałam ochotę na nowe wyzwanie oraz poczucie, że jeśli się nie zdecyduję, to później będę całe życie się zastanawiać, „co by było, gdyby”. Miałam pojechać w to samo miejsce, ale w zupełnie innej roli. Wiedziałam, że moim atutem jest bycie pracownikiem IBB PAN, co dodatkowo usprawni komunikację, kiedy już będę na Stacji Arctowskiego. Wiedziałam też, że w grupie zimującej większość osób ma już polarne doświadczenie, a część z nich poznałam kilka dni wcześniej przy okazji przekazywania instrukcji dotyczących monitoringu środowiska przyrodniczego. No i czułam, że sokoro Ty wybierałaś grupę, to musi być fajna.

Odpoczynek w czasie spacerku na nartach w zatoce Ezcurra, wrzesień 2020, fot. S. Kucięba

D.B.: A czy obawiałaś się czegoś w związku z tym wyjazdem?

J.P.: Obaw miałam mnóstwo albo nie tyle obaw, co świadomości problemów, jakie mogą się pojawić. W końcu to wyjazd na rok, wiążący się z różnorodnymi zadaniami. Część z nich wynikała z tego, że nigdy nie czułam się dobrze w roli lidera, jestem mocno introwertyczna i wrażliwa. Miałam sporo myśli do przetrawienia, podejmując tę decyzję.

D.B.: Czy te obawy były słuszne?

J.P.: Pod pewnymi względami tak, ale ważne było to, że zdawałam sobie sprawę, co może być dla mnie trudne, więc w pewien sposób byłam też przygotowana na te trudności. Mówiąc prościej – jeśli coś mnie bolało, to przynajmniej wiedziałam dlaczego. Z wiekiem zrozumiałam też, że osoby pracujące na wyższych stanowiskach, to nie są superbohaterowie, tylko też zwykli ludzie. Także decydując się na bycie kierownikiem wyprawy, oczywiście chciałam wykonać to zadanie jak najlepiej, ale jednocześnie nie oczekiwałam, że wszystko będzie mi wychodzić perfekcyjnie albo że wszyscy będą zadowoleni.

D.B.: Poza tym masz pod ręką grupę specjalistów w różnych dziedzinach, którzy Ci pomagają w podejmowaniu decyzji.

J.P.: Tak, to jest kluczowe. I tak naprawdę to jedna z ciekawszych stron tej pracy. Nie myślałam o tym zbyt dużo, aplikując pierwszy raz na wyprawę. Wtedy główną motywacją była dla mnie przyroda i praca naukowa. W międzyczasie uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię pracę zespołową i jak ciekawie jest móc współpracować z ludźmi, którzy mają wiedzę z różnych dziedzin, różne doświadczenia, charaktery, umiejętności, historie. Bardzo lubię też dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomagać innym. Uwzględniając to wszystko, wiedziałam, że w pracy kierownika jest więcej pozytywnych niż negatywnych aspektów.

D.B.: Jesteś chyba jedynym przypadkiem kierownika wyprawy polarnej, jaki znam, który przejął grupę zrekrutowaną przez kogoś innego i był z tego faktu bardzo zadowolony. Zazwyczaj słyszy się żale i pretensje.

J.P.: Ja lubię używać określenia, że „adoptowałam” tę grupę. (śmiech) Tak naprawdę kluczowym argumentem, który mnie przekonał do funkcji, był ten, że grupa została wybrana pod osobę o umiejętnościach miękkich. Nawiasem mówiąc, to jest w ogóle ciekawe, że na pierwszej swojej wyprawie się dowiedziałam, że mam takie umiejętności. Z perspektywy czasu cieszyłam się, że udział w rekrutacji mnie ominął – nie umiem krytycznie patrzyć na ludzi i wybór uczestników wyprawy byłby dla mnie trudny. Miałam szczęście, bo ludzie, z którymi pracowałam, są wspaniali.

D.B.: O czym świadczy fakt, że cały czas jesteście ze sobą w kontakcie.

J.P.: Chyba w ogóle mam szczęście do ludzi. (śmiech) Może wynika to z tego, że wolę skupiać się na tym, co jest w nich dobre.

Joanna Plenzler i Daga Bożek podczas monitoringu hydrologicznego na Wyspie Króla Jerzego, marzec 2016, fot. A. Grebieniow

D.B.: Jako kierownik wyprawy musiałaś się zmierzyć z dwiema trudnymi sytuacjami – śmiercią jednego z uczestników ekspedycji i późniejszym o kilka miesięcy powrotem do kraju w związku z pandemią koronawirusa. Jak sobie z tym poradziłaś?

J.P.: Jeśli chodzi o pandemię, to wszystko było na tyle rozciągnięte w czasie, że mieliśmy możliwość się do tego jakoś przygotować. Na pewno, tak jak dla wszystkich, trudny był początek pandemii. Pod koniec marca 2019 roku ze stacji wyjeżdżała grupa letnia – podczas rozładunku statku musieliśmy zminimalizować kontakt z naszymi kolegami i załogą, nie mogliśmy się normalnie pożegnać. To było dla nas abstrakcyjne. Świetne było to, że każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i reagował prawidłowo. Kiedy na stacji została tylko nasza dziesięcioosobowa grupa, niewiele to zmieniało w naszej sytuacji, bo zimowanie to w pewnym sensie długoterminowa izolacja. Dość szybko też otrzymaliśmy informację, że do kraju będziemy wracać statkiem, a nie samolotem, więc nastawialiśmy się na dłuższy powrót, a rejs do Europy przez Atlantyk traktowaliśmy jako dodatek do przygody.

D.B.: A jeśli chodzi o śmierć Waszego kolegi..?

J.P.: Wyjeżdżając z Polski, mając w perspektywie rok wyzwań i pracy przeplatającej się z przygodą, moim głównym marzeniem było, żebyśmy wszyscy cali i zdrowi wrócili do kraju. Gdy Maciek zmarł, oczywiście nie myślałam w kontekście celu, którego nie udało się zrealizować. Czułam ogromny smutek, że odszedł od nas tak dobry człowiek. Kiedy umiera ktoś młody, pełen marzeń i planów, ktoś, kto ma przed sobą całe życie, to jest to zaprzeczenie naturalnego porządku, ciężko jest zaakceptować śmierć, nawet nie próbuje się tego zrozumieć. Przez pierwsze dni od tragedii działałam na silnej adrenalinie, wiedziałam, że odpowiadam za całą grupę. Bardzo pomogło mi to, że byliśmy razem w tym smutku i wzajemnie się wspieraliśmy. Otrzymaliśmy bardzo dużo słów otuchy i współczucia od bliskich oraz od pracowników innych stacji na wyspie. Taki gest to z jednej strony niewiele, ale choć trochę pomaga i jest ważny. Otrzymaliśmy też wsparcie od pracodawcy oraz pomoc psychologa. To wsparcie z zewnątrz było bardzo ważne, ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że tylko my siebie nawzajem rozumiemy najlepiej. To dla nas osobista historia i trudno o tym mówić.

D.B.: Czy uważasz, że to ważne, że pracodawca zapewnił Wam pomoc psychologiczną? Słyszy się o przypadkach potrzeby pomocy psychologicznej po zimowaniach, niektórzy mówią o tym wprost. A Wasz całoroczny pobyt na stacji ze względu na wspomnianą tragedię nie był łatwy.

J.P.: Oczywiście i to nie tylko w takim przypadku jak tragedia, której doświadczyliśmy. Osobiście uważam, że w przebywaniu i pracy w takim miejscu jest więcej pozytywnych niż negatywnych czynników, mających wpływ na zdrowie psychofizyczne. Praca blisko przyrody wyzwala we mnie ukrytą moc, tam potrafię dać z siebie więcej niż w cywilizacji, po prostu dobrze się tam czuję. Z drugiej strony, to jednak bardzo długi pobyt, oprócz wyzwań, w dużej mierze kawał zwykłego życia, intensywność przeżyć i relacji międzyludzkich, izolacja, rozłąka z bliskimi, brak granicy pomiędzy pracą i życiem prywatnym. Ja miałam problem właśnie z tym ostatnim, przez cały pobyt trudno mi było odciąć myśli od obowiązków związanych z pracą, pozwolić sobie na całkowity odpoczynek, ponad 14 miesięcy takiego stanu odcisnęło na mnie swoje piętno. Dla niektórych osób praca w takim miejscu to pierwsza okazja, żeby lepiej poznać samego siebie. Nie ma nic złego w tym, że ktoś będzie miał potrzebę konsultacji z psychologiem. Dobrze, że pracodawca zapewnia taką możliwość; mieliśmy ją podczas trwania wyprawy i po powrocie. W ogóle cieszy mnie fakt, że zdrowie psychiczne przestaje być w Polsce tematem tabu.

D.B.: Pamiętam, że kiedy wróciłaś z wyprawy i rozmawiałyśmy o mojej książce o polarniczkach, którą wtedy pisałam, powiedziałaś, że bardzo się cieszysz z tego, w jakich czasach żyjemy – jako kobiety możemy brać udział w wyprawach polarnych i nie musimy na każdym kroku udowadniać, że na to zasługujemy.

J.P.: W naszej dziesięcioosobowej grupie zimującej były aż cztery kobiety, każda z nich już przed wyjazdem miała duże doświadczenie polarne. To wymownie potwierdza to, co mówisz. Cieszy fakt, że aż tyle się zmieniło, a dla osób, które może są bardziej nieśmiałe czy mniej przebojowe, również w takim środowisku może znaleźć się miejsce. Jest to też zachęta dla innych kobiet – pamiętam, że kiedy aplikowałam na pierwszą wyprawę do Antarktyki, motywująco podział na mnie fakt, że przede mną było już trochę dziewczyn, które uczestniczyły w takich wyjazdach. Tylko że wtedy bardzo brakowało mi książek, z których można by lepiej poznać ich historie, dlatego tak bardzo się cieszę, że napisałaś Polarniczki!

D.B.: Zestawiając początek naszej rozmowy o marzeniach z Twoimi dotychczasowymi osiągnięciami w regionach polarnych – czy czujesz się spełniona?

J.P.: Pod wieloma względami tak, choć oczywiście mam jeszcze mnóstwo innych marzeń. Pojechać i pracować w Antarktyce przez rok za pierwszym razem to już było dużo. A to, że przybywając w to niezwykłe miejsce za trzecim razem, poczułam, że „jestem w domu”, uważam za ogromny przywilej. W pracy zawodowej dalej chcę się zajmować rejonami polarnymi, ale nawet gdybym miała już nigdy tam nie dotrzeć, pozostaje coś, co będę miała w sobie na zawsze. Jestem jednym z najszczęśliwszych ludzi, że mogłam tam być aż tyle czasu.

Zdjęcie w nagłówku: Ulubione antarktyczne zajęcie Asi – prowadzenie łodzi motorowodnej. Zatoka Ezcurra, kwiecień 2020, fot. T. Kurczaba


Dr Joanna Plenzler – geograf-hydrolog, doktor Nauko o Ziemi, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, urodzona i wychowana w Szczecinie. Pracownik naukowo-techniczny Zakładu Biologii Antarktyki, Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk. Uczestniczka trzech (w tym dwóch całorocznych) wypraw do Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego (Szetlandy Południowe): 40 (XI 2015-X 2016), 42 (I-III 2018) oraz 44 (XI 2019-I 2021), podczas której była kierownikiem wyprawy. W wolnym czasie pływa, biega, jeździ na rowerze i czyta książki. 

Jedna odpowiedź do “„Być tam to ogromny przywilej” – Joanna Plenzler”

  1. Bardzo ciekawa rozmowa, przykuwająca uwagę i nie za długa, (jeden z niewielu tekstów, które zainteresowały mnie tak bardzo, że przeczytałam do końca).
    Znam Joasię ze szkoły podstawowej, byliśmy w jednej klasie. Jestem mega dumna z Ciebie Joasiu i szczęśliwa że tyle wartościowego robisz dla przyrody i nauki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.