#2 Polarne wspomnienia – Małgorzata Godlewska

Serdecznie zachęcam do lektury drugiej części wspomnień prof. dr hab. Małgorzaty Godlewskiej.

Pierwszą część wspomnień można przeczytać w poniższym wpisie:

W roku 1981 wyszłam za mąż i przeniosłam się do Warszawy. Aby nie zmieniać radykalnie swoich zainteresowań badawczych, zatrudniłam się w Zakładzie Badań Polarnych Instytutu Ekologii PAN. I znów dopisało mi szczęście, bo właśnie rozpoczął się międzynarodowy program BIOMASS, dotyczący badań zasobów żywych Antarktyki, głównie kryla, Euphausia superba Dana. Uczestniczyłam w dwóch polskich ekspedycjach na statku naukowo-badawczym „Profesor Siedlecki” oraz w ekspedycji brazylijskiej na statku „Profesor Besnard”. Chociaż moja praca polegała głównie na prowadzeniu badań hydroakustycznych ze statku, najciekawsze były zejścia na ląd i pobyty na stacjach antarktycznych. Oprócz Stacji Arctowskiego, udało mi się odwiedzić stację chilijską Eduardo Frei Montalva, rosyjską Bellingshausen, amerykańską Palmer oraz uczestniczyłam w uroczystym otwarciu stacji brazylijskiej Comandante Ferraz na Półwyspie Kellera.

Nie wiem, czy to patriotyzm, czy obiektywna ocena, ale polska stacja podobała mi się najbardziej, może ze względu na różnorodność krajobrazu oraz niezliczoną obecność pingwinów, słoni morskich i fok. Moje prace antarktyczne zakończyły się szeregiem publikacji naukowych (15) oraz rozprawą habilitacyjną pt. „Migracje pionowe kryla, Euphausia superba Dana”.

BIOMASS-SIBEX 1983/1984

Zasadniczym celem tego programu był monitoring hydrobiologiczny w rejonie Cieśniny Bransfielda oraz wokół Szetlandów Południowych, a także określenie zasobów antarktycznego kryla i jego rozmieszczenia w czasie i przestrzeni. W programie uczestniczyło siedem krajów i obejmował on dwa sezony letnie 1983/84 oraz 1984/85.

BIOMASS IV 1988/1989

Głównym celem tej polskiej ekspedycji na statku „Profesor Siedlecki” były szczegółowe badania biologiczno-hydrologiczne w obszarze przylodowym (ang. Ice edge zone). W rejsie uczestniczyła również grupa Hiszpanów z Uniwersytetu w Vigo oraz Szkot, Stuart Donachi, który robił w Polsce doktorat. Nawiązana współpraca i przyjaźnie trwały jeszcze przez wiele lat.

Fragmenty listów do domu:

8.12.1983

Połowa dnia spędzona na Stacji Arctowskiego była przecudna. Najpierw poszliśmy wypożyczyć buty-wibramy i czekan. Prosto ze Stacji weszliśmy na Point Thomas. Roztacza się stamtąd piękny widok na Zatokę Admiralicji (z „Siedleckim” wyglądającym jak pozostawiona przez dziecko zabawka) i Stację z jednej strony oraz fiord Ezcurra wraz z wyspą Dufayel z drugiej. Z Point Thomas poszliśmy granią na najwyższy w okolicy szczyt – Jardine Peak. Wiatr był taki, że chwilami wstrzymywał oddech, musiałam się wykręcać, by złapać powietrze. Znacznie lepiej wyobrażam sobie teraz wysokogórskie wspinaczki. Widoki były wspaniałe, fotografowałam oczywiście, ale to nie będzie to. Schodziliśmy śnieżnym żlebem wprost do Włoskiej Dolinki. W pewnym momencie chmury przykryły oślepiające słońce i zobaczyłam wyspę Dufayel we wspaniałej srebrzystej poświacie. Przez kilka chwil widok był zupełnie jak z bajki. Stałam zaczarowana i starałam się utrwalić w sobie ten widok, chyba najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek widziałam. Potem po tym śniegu pobiegliśmy szybko w dół, zapadając się po kolana. Później obeszliśmy Lodospad Dery (prof. Jerzy Dera, Instytut Oceanologii PAN). Akurat przy nas oderwał się ogromny wał lodu i z hukiem runął do wody, tworząc fantastyczną śnieżno-wodną fontannę w kształcie grzyba. Do Stacji wracaliśmy brzegiem morza. Spotkaliśmy po drodze kilka samotnych pingwinów (które pozwoliły podejść do siebie na 1,5 m) i jednego słonia morskiego. Fuknął na nas i kontynuował spanie. Pogoda przez cały czas była idealna – słońce i wspaniała widoczność, podobno takie dni należą tu do rzadkości.

10.12.1983

Wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Przede wszystkim zaczął się od mojej pierwszej w życiu wachty hydroakustycznej. Miałam ogromną tremę, ale wszystko poszło gładko, zwłaszcza, że na zapisach nie było ani ryb, ani kryla, po prostu czyste dno. W pracowni czekała na mnie miła niespodzianka – wazonik ze świeżutkim i faktycznie pachnącym groszkiem od pana kapitana. Bardzo mnie to wzruszyło, na Antarktydzie kwiaty raczej się nie zdarzają. Te zostały wyhodowane w stacyjnej szklarni i kapitan dostał je od grupy zimującej. Chyba je zasuszę na pamiątkę. Pomimo braku zapisów na echosondzie zdecydowano się na wypuszczenie dennego włoka. Oglądałam całą procedurę wydawania go i wyciągania. Złowiło się niewiele – oprócz ryb różne ośmiornice, rozgwiazdy, koralowce i inne cudeńka. Uzbierałam garść przeróżnych skarbów i spróbuję wysuszyć. Bardziej doświadczeni śmieją się, że i tak wszystko wyrzucę do morza, ale ja im nie wierzę. W tej chwili wyglądają po prostu prześlicznie i myślę, że choć część z nich zdołam uratować.

29.12.1983

Choć czas się dłuży, to dni są strasznie krótkie! Odkąd zaczęły się pomiary, rano (do 12) jestem na wachcie, a po obiedzie (na ogół też do 12 w nocy) „na komputerze”. Marek Zdanowski zrobił bardzo ciekawy eksperyment. Otóż kiedyś wziął próbę kryla do analiz i zapomniał o tym. Skorupiaki stały w lodówce w temperaturze około zera w morskiej wodzie i spokojnie tam sobie pływały. Zajrzał do nich po kilku dniach i stwierdził ze zdziwieniem, że żyją, więc je zostawił. I tak przeżyły mu cztery osobniki przez dziewięć miesięcy nie dostając nic do jedzenia. W tym czasie trzy razy zmienił im wodę. Wziął je na statek i tu niestety, po kolejnej zmianie wody, zdechły. Wszystkim nam było smutno z tego powodu, bo zaimponowały nam te kryle swoją żywotnością i bardzo je polubiliśmy. Kryla nie ma zbyt dużo, tylko w okolicach wysp Elephant i Orkady były spore ławice. Trochę łowiliśmy, ale nie wyglądało to ciekawie. Kryl był strasznie zgnieciony i miał kolor brudnozielony. Gdy łowiliśmy ryby, to wysypywano je z włoka na pokład, chłopcy wybierali co ciekawsze okazy, a resztę zrzucali do przetwórni. Ci, co nie mieli nic do roboty, karmili rybami ptaki. Wyglądało to niesamowicie, kiedy petrel rzucał się na rybę niewiele mniejszą od siebie i w okamgnieniu ją połykał – ryby antarktyczne mają ogromne głowy, znacznie większe niż głowy polujących na nie ptaków. Patrząc na ryby wyrzucane z włoka, zrozumiałam, jak straszna walka o byt toczy się w oceanie. Prawie każda ryba miała w pysku albo mniejszą rybę, albo jakiegoś robala, ośmiornicę czy rozgwiazdę. Zwłaszcza na początku widok ten był dla mnie szokujący. Przedwczoraj, gdy stałam na dziobie, usłyszałam nagle „puff” i w odległości 15 metrów wynurzył się mały, może sześciometrowy wielorybek; opłynął statek dookoła, jeszcze kilkakrotnie się wynurzając, tak że go sobie dokładnie obejrzałam.

31.12.1983

Wczoraj był bardzo ciekawy dzień. Mieliśmy „stację” oceanograficzną w pobliżu Deception Island (wyspa w kształcie rogalika słynna z aktywności wulkanicznej) i po długich namowach kapitan zdecydował się zrobić „alarm szalupowy”. Szalupami popłynęliśmy do środka zatoki. Wewnątrz znajdują się resztki angielskiej i chilijskiej stacji naukowej. Opuszczone po ostatnim wybuchu wulkanu w 1969 roku, są zupełnie zrujnowane. Tylko pingwiny i foki leżą sobie na brzegu. Na wyspie są gorące źródła z taką temperaturą, że można ugotować jajko (to wyczytałam z locji, bo my na ląd nie schodziliśmy).

8.01.1984

Tankujemy paliwo od „Kaszuba” i w nocy odchodzimy. Wczoraj pozwolono nam zejść na ląd. Zgodnie z „zamówieniem” pogoda była idealna, słońce i znakomita widoczność, co się tu rzadko zdarza. Już wcześniej uprosiłam Ryśka Tokarczyka, który tu już zimował, aby mnie zabrał w góry. Poszłam więc z nim, Wojtkiem Starckiem, Zygmuntem Kluskiem i naszym lekarzem na przepiękną wycieczkę w góry. Było cudownie – brak słów, by to opisać. To trzeba zobaczyć! Poszliśmy na Demay Point – to jest taka piękna góra na wejściu do Zatoki Admiralicji. Po drodze przechodziliśmy przez trzy lodowce, bardzo piękne, z ogromnymi szczelinami, tak że można było zajrzeć „do środka Ziemi”. Oczywiście byliśmy powiązani linami i przeszkoleni, jak należy się zachowywać. Najpierw poszliśmy przez lodowiec Ekologii do Igły Czajkowskiego. Jest to wspaniały nunatak wyrastający z lodowca na wysokość kilkudziesięciu metrów. Pogoda była okropna, sypał śnieg i nie wiem, czy wyjdzie coś ze slajdów, które robiłam. W każdym razie wrażenie było ogromne. Obeszliśmy go sobie dookoła (zjeżdżając w dół na siedzeniach, co było wielką frajdą) i podeszliśmy do Sfinksa, ale na niego nie wchodziliśmy, bo nie było czasu. Po przejściu tzw. Siodła wdrapaliśmy się (po linie) na lodowiec Baranowskiego, a potem już prosto do Demay Point. Cały Demay Point jest porośnięty pięknymi mchami, tak że Zygmuntowi bardzo się podobał (wreszcie jakieś życie). Pogoda zrobiła się nagle piękna, tak że podziwialiśmy wspaniałe widoki na całą Zatokę i na drugą stronę. Z Demaya zeszliśmy na plażę i wracaliśmy „do domu” brzegiem morza. Po drodze zatrzymaliśmy się w „Domku Amerykańskim” (Amerykanie postawili go w 1974 roku i przyjeżdżają tu czasem na lato), aby wreszcie zjeść coś ciepłego. Wycieczka trwała już osiem godzin i byliśmy solidnie zmęczeni. Wokół domku jest bardzo piękne pingwinisko, ale było za późno, by fotografować. Właśnie tam są pingwiny papuaskie [obecnie stosowana nazwa to białobrewy, przyp. D.B.], które wyjątkowo efektownie wychodzą na zdjęciach, bo mają czerwone dzioby. Małe pingwinki papuaskie są miniaturkami dorosłych, tylko puszyste i prześliczne. Dzieci „policjantów” [pingwinów maskowych, przyp. D.B.] są jasnoszare, a małe adelki [pingwiny Adeli, przyp. D.B.] to po prostu kopciuszki – ciemnoszare, stosunkowo duże, niezgrabne, zawsze utytłane w błocie i odchodach, można boki zrywać, jak się na nie patrzy. Adelki bardzo często oddają dzieci do „przedszkola”; siedzi taki tłumek maluchów na kamieniach, a jak jakiś bardziej niesforny osobnik próbuje się oddalić, zaraz zjawia się „ciocia” i poszturchując mocno dziobem, przywraca porządek. Papuasy i policjanci pilnują swoich dzieci sami. Jedno z rodziców siedzi na gnieździe (najczęściej mają dwa pisklaki), a drugie przynosi jedzenie. Śmiesznie wygląda taki pingwin wracający z połowów, jest tak „pękaty”, że z trudem niesie swój wielki brzuch. Po powrocie rodzice zawsze mają sobie mnóstwo do opowiedzenia, podnoszą wysoko głowy i kłapią dziobami, tworząc taki jazgot, że na pingwinisku trzeba głośno mówić, by być słyszanym. Te pingwiny bardzo mnie wzruszają i zawsze przywodzą na myśl dom. A słonie morskie i foki stanowczo mi się nie podobają. Co prawda nie widziałam jeszcze młodych. Dorosłe osobniki ciągle tylko leżą i chrapią. Chociaż raz widziałam słonie, jak się do siebie zalecały. To wyglądało naprawdę pięknie i nie wiem, skąd w tych grubych ogromnych cielskach było tyle czułości i delikatności. Żałowałam, że nie mogę tego sfilmować, ale była już prawie północ i zbyt ciemno. Z wycieczki wróciliśmy koło północy, a na statku byliśmy koło pierwszej.

14.01.1984

Już trzeci dzień jestem na naszej Stacji. Jest tu również Amerykanka czeskiego pochodzenia, która w 1978 roku zdobyła Annapurnę. Ma też na swoim koncie dwa inne ośmiotysięczniki, bardzo twarda kobieta. Chłopcy ją tutaj podziwiają, patrząc, jak pracuje (zajmuje się mchami) – bez względu na pogodę wychodzi raniutko i wraca późno wieczorem; ma do pomocy studenta, który „pada na nos”, a ona ma jeszcze siły na dyskusje i życie towarzyskie. Przedwczoraj mieliśmy na Stacji bardzo ciekawych i sympatycznych gości. Małżeństwo – on Francuz, ona Australijka – z dwoma synkami (trzy i pięć lat), przypłynęli jachtem. Mieszkają na nim od 15 lat, podróżując po świecie. Szczególnie upodobali sobie Antarktydę i prawie co roku są na Południowej Georgii, aby „policzyć pingwiny”. Tam się zresztą urodził ich starszy synek – na jachcie. Nie pracują nigdzie, kiedyś napisali książkę (przetłumaczoną również na polski), czasem jakiś artykuł do prasy – i to im wystarcza. Nie wydają zresztą dużo. Na przykład w ubiegłym roku na cztery osoby wydali 1000 dolarów. Żyją chyba bardzo skromnie, bo Dion (starszy chłopczyk) mówił mi, że jest zawsze strasznie głodny. Widziałam, jak te dzieci jadły, poczęstowane obiadem na naszej Stacji – jak smoki. Na ich pożegnanie zrobiłam sernik, ogromnie wszystkim smakował. Na Stacji codziennie są jacyś goście. Wczoraj przypłynął statek pasażerski „World Discovery”. Nie byłam przy tej wizycie, bo Rysiek zawiózł mnie rano na drugą stronę zatoki, na Półwysep Kellera, gdzie była kiedyś stacja angielska. Spędziłam tam razem z Amerykanami prawie cały dzień, oni oglądali i fotografowali swoje mchy, a ja łaziłam po okolicach. Bardzo tam ładnie, choć położenie naszej Stacji jest wyjątkowo urokliwe. A ta stacja angielska wygląda żałośnie; ogromne zapasy żywności zjedzone przez rdzę i czas, książki niszczejące pod wpływem wilgoci i tylko kuchnia w znośnym stanie, gdyż korzystają z niej przygodni goście.

19.01.1984

A więc jestem na brazylijskim statku „Profesor Besnard”. Mam w tym rejsie niesamowicie dużo szczęścia. Ze względu na opóźnienie brazylijskiego statku spędziłam na Stacji kolejną noc. Dzięki temu poznałam czwórkę sympatycznych Amerykanów, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o pingwinach i spędziłam miły wieczór. Wczoraj rano przylecieli Chilijczycy, a ponieważ byłam spakowana, to od razu się z nimi zabrałam. Pogoda była przepiękna i strasznie żałowałam, że nie miałam w aparacie kolorowego filmu. Lot trwał zaledwie 10 minut, tak że nie zdążyłam się jeszcze nim nacieszyć, kiedy zobaczyłam w dole chilijską stację. Mają spore lotnisko, na którym lądują nawet herkulesy (dwa razy w tygodniu). Tak się szczęśliwie złożyło, że kiedy Chilijczycy byli na naszej stacji z wizytą, zupełnie nieświadomie zabawiałam rozmową ich szefa. Oczywiście zauważył teraz moje przybycie na stację Marsh i natychmiast się mną zajął. Pokazał mi osobiście całą stację, zaprosił na obiad i dał samochód z szoferem. Stacja jest dosyć fajna, składa się z dwóch części: jednej nowej, wybudowanej przed trzema laty w pobliżu pasa startowego, i 1,5 km dalej, nad zatoką, starej stacji meteorologicznej z pięcioma nowymi pięknymi domkami dla rodzin – oglądałam i nie miałabym nic przeciwko temu, aby w nich pomieszkać z moim mężem i córeczką. Poprosiłam, by mnie zawieźć nad Drake Passage, tam pożegnałam kierowcę i poszłam sama na wycieczkę. Był tak piękny dzień, że chodziłam w samym swetrze. Było mnóstwo pięknie ukształtowanych pływających górek lodowych i w ogóle bardzo ładnie. A morze takie błękitne, że aż trudno uwierzyć, że jest prawdziwe. Kiedy się widzi na zdjęciach takie kolory, to ma się wrażenie, że oszukane; że morze nie może być tak niebieskie. Spotkałam sporo słoni morskich i uchatek, ale ani jednego pingwina. W południe wróciłam na obiad, który był całkiem smaczny (szparagi, gulasz z flaków na ostro z ryżem i na deser gruszka, a na zakończenie kawa). Po obiedzie znów poszłam na wycieczkę, tym razem w górki. Jakie tu mają przepiękne kamienie – strasznie żałowałam, że wracam samolotem, a tak mogłabym zebrać całą kolekcję. Potem poszłam z wizytą do rosyjskiej stacji Bellingshausen. Przyjęli mnie bardzo serdecznie, poczęstowali herbatą, a na wynos dali słoik klukwy z sacharom (żurawiny z cukrem) i dżem agrestowy. Wieczorem dopiero zadzwoniłam na statek brazylijski i przyznałam się, że jestem na stacji Marsh. Przysłali zaraz ponton i popłynęłam do nich. Stateczek jest malusieńki (może 30 metrów długości), stary i bardzo śmieszny. Mieszkam w kabinie dwuosobowej, dziś jeszcze ma przylecieć pani ichtiolog. Czekamy na samolot z Punta Arenas i zaczynamy tygodniowy rejs w ramach programu SIBEX.

26.01.1984

Brazylijczycy zdecydowali się budować swoją bazę w Zatoce Admiralicji, dokładnie naprzeciwko Stacji Arctowskiego, na Półwyspie Kellera, w pobliżu starej bazy angielskiej. Będziemy więc sąsiadami, to raptem 45 minut łódką „Dziunia”. Wczorajsza izyta Brazylijczyków na naszej Stacji Arctowskiego była bardzo udana. Pogoda wprawdzie nie dopisała, ale i tak większość osób prawie cały czas spędziła w świetlicy przy kawie, wódce, piwie etc. Ja z kilkoma osobami zrobiłam małą wycieczkę na pingwinisko, potem do lodowca Ekologii i górą do grobu Puchalskiego. Brazylijczycy byli zachwyceni Polakami i ich serdecznością (na ogół było to ich pierwsze spotkanie z Polską) i nie szczędzili pochwał. Jeśli rejs będzie przedłużony, to na pewno wejdziemy jeszcze raz na naszą Stację.

27.01.1984

Dziś była śliczna pogoda, więc przez cztery godziny opalałam się (było +2,2°C) i oglądałam ptaki. Pingwiny są strasznie śmieszne; najpierw przypłynął jeden i wydzierał się przed samym statkiem. Po paru minutach pojawiło się całe stadko, pływały wokół statku, krzyczały, kręciły łebkami, a potem zaczęły się wygłupiać. Nurkowały, wywracały się brzuchem do góry, robiły gwałtowne zwroty. Nie ulegało wątpliwości, że popisują przed nami. Bardzo przypominały miniaturowe delfinki, zwłaszcza kiedy wyskakiwały z wody i z pluskiem nurkowały. Dużo też było dziś nawałników Wilsona; bardzo mi się podobają te ptaszki, wyglądające tak krucho jak motyle. Są czarne i tylko u nasady ogona mają białą plamkę. Kiedy nad samą wodą trzepoczą skrzydełkami, to rzeczywiście przypominają motyle.

28.01.1984

Dzisiaj zakończyliśmy zaplanowany program badawczy i gdyby nie to, że jesteśmy uzależnieni od statku marynarki wojennej „Baron de Teffé” (uczestniczącego do 3 lutego w budowie brazylijskiej stacji), to moglibyśmy wracać. W związku z tym nasz szef naukowy postanowił wstąpić na stację amerykańską Palmer. Kolega obudził mnie już o 7 rano z informacją, że dopływamy do amerykańskiej stacji i że widoki są wspaniałe. Rzeczywiście było na co popatrzeć. Piękne ośnieżone szczyty (najwyższy 3000 m n.p.m.) tonęły w słońcu. Lodowce wszystkimi odcieniami błękitu schodziły do morza. Foki wylegiwały się na pływających krach, nic sobie nie robiąc z naszego statku, a pingwiny radośnie wyskakiwały nad idealnie gładką powierzchnię wody i przyglądały nam się z zainteresowaniem. Ogromnie żałowałam, że nie mam kolorowego filmu i nie mogę tego wszystkiego uwiecznić. Stacja jest położona na maleńkiej morenie i z obu stron otaczają ją urwiste ściany lodowców. Wygląda bardzo krucho na ich tle, dopiero gdy się podpłynie bliżej, to widać, że jest tu jednak kawałek lądu. Spotkaliśmy tu francuski jacht – trzech chłopaków podróżujących po świecie od trzech lat. Zatrzymują się w różnych portach i pracują, żeby zarobić na dalszą drogę. W tej chwili mają jedzenie i paliwo na rok, na wypadek gdyby ugrzęźli w lodach. Bardzo sympatyczni chłopcy. Na stacji zastałam znajomych, poznanych wcześniej na Arctowskim – Werę i Stena; Wera musiała płynąć na jakąś wyspę zbierać swoje mchy, ale Sten został i pokazał mi stację, a na pożegnanie dał mi dwie koszulki z nadrukiem stacji. Poszliśmy też na lodowiec – po długim bezruchu na statku w końcu się mogłam wybiegać. Szalałam na śniegu kilka godzin. Amerykanie zaprosili nas na obiad. Jedzenie było typowo amerykańskie – bułka z mielonym mięsem i frytki, a do picia sok lub piwo. Po obiedzie poszłam obejrzeć francuski jacht. Bardzo fajny, sporo mniejszy od „Sondy”, ale bardzo wygodnie pomyślany. Chłopcy sami go zbudowali, kadłub ma metalowy, tak że nie boi się lodu. Zazdrościłam im, gdy opowiadali o swoich podróżach – sama jednak nie zdecydowałabym się na takie życie, chyba już jestem za stara.

2.02.1984

Cały wczorajszy dzień upłynął nam na zwiedzaniu Deception Island. Najpierw przypłynęliśmy na stację chilijską zniszczoną przez wybuch wulkanu. Mieliśmy trzy godziny czasu na połażenie. Ze stacji zostały dosłownie szczątki, tak że nie było co zwiedzać. Poszłam więc na krater, aby zobaczyć, jak wygląda z bliska. Taki lej z lawy, zbyt duży, by go sfotografować. Miejscami pojawiły się już pierwsze porosty. Potem zeszłam na brzeg i wdrapałam się na inny wierzchołek, gdzie stał maszt stacji meteorologicznej – stąd roztaczał się wspaniały widok na prawie cały atol. Wracając, chciałam zobaczyć, którędy wypływa gorąca woda spod kamieni. Wygląda to bardzo fajnie, bo zarówno cała woda przybrzeżna, jak i małe sadzawki na plaży dosłownie „dymią”. Wsadziłam nos za daleko i wykąpałam się po kolana. Na szczęście kąpiel była gorąca i bardzo przyjemna. Nabrałam nawet chęci na pełną kąpiel w morzu, ale najpierw wsadziłam rękę po łokieć i stwierdziłam, że woda jest gorąca tylko na powierzchni, a pod spodem lodowata (jako fizyk mogłam to przewidzieć!). Przeszła mi więc ochota na kąpiel i wróciłam na statek, aby się przebrać.

Deception Island z ruinami po stacji chilijskiej oraz widoczny statek „Profesor Besnard”

W roku 1988/89 zdecydowałam się na kolejną wyprawę do Antarktyki na R/V „Profesor Siedlecki”. Już wtedy zachorowałam na „gorączkę polarną”. Niestety,

w latach 90.w polskiej nauce nastąpił kryzys finansowy. Statek „Profesor Siedlecki”, wybudowany za pieniądze FAO, został sprzedany do Chin „na żyletki”. Skończyły się morskie rejsy badawcze do Antarktyki. Ja miałam dwie małe córeczki i nie mogłam sobie pozwolić na zimowanie na stacji polarnej. Zakończyłam więc swoją przygodę z badaniem wód polarnych i zajęłam się akustyką w wodach śródlądowych. Nie spełniło się moje marzenie o powtórnym odwiedzeniu Spitsbergenu. Chociaż można powiedzieć, że cząstka mnie tam popłynęła, bo na jachcie żaglowym s/y „Solaris” w 2004 roku popłynęła tam moja córka, Kasia.


Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Małgorzaty Godlewskiej. Zdjęcie w nagłówku: Chrzest morski, 1983. Na zdjęciu od lewej: Anna Kołakowska i Małgorzata Godlewska.

Serdecznie polecam również rozmowę z Małgorzatą Godlewską:


Podoba Ci się projekt Polarniczki? Jeżeli uważasz, że warto go wspierać, zapraszam na profil projektu w serwisie Patronite. Dziękuję!

Projekt Polarniczki na Patronite.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *